Onfray i Dawkins, bynajmniej nie o “nowych ateistach” sobota, gru 12 2009 

Czytam sobie Michela Onfraya (Traktat ateologiczny) i uderza mnie kontrast z Dawkinsem. Nie chodzi nawet o zaangażowanie w ateizm — tu wiele ich łączy, ale o styl myślenia i pisania. Richard Dawkins jest popularyzatorem nauki, stara się być racjonalny, odwoływać do empirii. Michel Onfray jest namiętny (i literacko o wiele lepszy) — przewija się u niego temat miłości życia i właśnie ta miłość rozkoszy zmysłowych, tego świata, przebija się przez jego tekst. Ale — mimo smakowania tego świata daleko się trzyma od empirii. Właściwie w ogóle go nie interesuje…

***

Ale to chyba problem szerszy. Ja wiem, że żyjemy w epoce ‘ponowoczesności’, ale wciąż mnie uderza, że stara dobra, ‘empiryczno-krytyczna’ nowoczesność, taka jak u Dawkinsa (przy wszystkich jego brakach — chodzi bardziej o styl) wydaje mi się czymś nowym, przynajmniej u nas. I prawie zawsze importowanym ze świata anglosaskiego. To samo mógłbym powiedzieć o paru czytanych biografiach, czy podręcznikach.

Nie chcę powiedzieć, że taki jest cały świat anglosaski, a kontynentalna Europa już jest tego przeciwieństwem — bo znajduję bardzo różne publikacje po obu stronach. Ale znaczenie pewnej racjonalizującej i empirycznej szkoły myślenia daje się jakby bardziej zauważyć u Anglosasów, czasem nawet w pracach urągających zdrowemu rozsądkowi — tam, gdzie jest próbą nieudaną. Jeśli mamy się czegoś od Anglosasów uczyć (czy może raczej coś popularyzować) to na pierwszym miejscu postawiłbym ten empiryzm w podejściu do świata.

Matematyka czwartek, gru 10 2009 

Czytam, że matematyka jest potrzebna, a jej popularność maleje.

A przepraszam, jak ma być?

Bo z jednej strony — jakie perspektywy ma matematyk? Standard to nauczanie w szkole, względnie na uczelni. Do tego nie potrzeba wielu matematyków. A na dokładkę, płaci się im mało.

Owszem, wiem, że umiejętności matematyka są bardzo potrzebne. Zresztą znajomość matematyki bywa bardzo potrzebna także u przedstawicieli innych specjalności — właściwie wszystkich nauk przyrodniczych i technicznych. Ale… czy przelicza się ona na płace? I czy na każdym stanowisku jest ona ważna*?

A z drugiej strony — matematyka uchodzi za trudną. To nie do końca tak jest — trafiają się w końcu osoby matematycznie uzdolnione, w niektórych zawodach to zdecydowanie większość. Matematyka wymaga jednak ścisłości i skupienia — cech, które wydają się niemodne.

*) Choć różnie to bywa. Przypomina mi się opowieść o lekarzu, który po powrocie z wieloletniej pracy w Szwecji zaczął wyliczać dawki leku z kalkulatorem, czym zadziwiał otoczenie. W końcu leki zawsze ordynowało się ‘na oko’, a ewentualnie złą dawkę korygowało później… Czyli nawet tam, gdzie ta umiejętność by się przydała, zwyczaje wprowadzone przez osoby matematyce (i ścisłości) niechętne, mogą przeważyć…

Dobra okazja środa, gru 9 2009 

A okazja do ich publikacji jest dobra, bo zbliża się rocznica stanu wojennego.

Prof. Andrzej Paczkowski, kolegium IPN (Metro, 9 grudnia 2009)

To ja też skorzystam z okazji — na dniach refleksję Janusza Tazbira, że najgorszą spuścizną po PRL jest rocznicomania — organizowanie publikacji pod rocznicę (wręcz z opinią, że o sile naszej humanistyki świadczy to, że jeszcze, mimo rocznicomanii, istnieje…). I proszę, kto jest najzagorzalszym spadkobiercą PRL! Prawie na każdą rocznicę zapowiadana jest głośna publikacja, która zdobi ją w mediach, a którą poprzedzają przecieki do mediów o tym, jaka będzie znacząca (zarówno co do wielkości, jak i ‘kierunku’ znaczenia). Inna rzecz, że po rocznicach niewiele z tych publikacji zostaje… Ale przecież nie o to, co zostanie chodzi w myśleniu ‘rocznicowym’.

PS.

Na szybko znajduję tylko to:

Dotyczy to nie tylko Polski i Polaków, skoro nasz niedoszły kolega, Anatole France [...], pisał, ze zbytnim chyba pesymizmem, iż nie należy epatować czytelnika nowymi poglądami i oryginalnością myśli. Nie lubi on bowiem tego, “by go zadziwiać. W historii szuka tylko starych bredni, które już zna. Jeśli spróbujesz nauczyć go, rozgniewasz go tylko i upokorzysz. Nie próbuj go oświecać. Wołać będzie wielkim głosem, że ubliżasz jego wierzeniom” (z przedmowy do Wyspy pingwinów).

Polska historiografia powoli wybija sie na normalność. [PAK: Janusz Tazbir pisał to kilka lat temu, nawiązując także do milenium zjadzdu gnieźnieńskiego.] Co nie znaczy wcale, aby zdjęto z niej jeden serwitut, jakim jest aktywny udział we wszelkiego rodzaju juileuszach, rocznicach i obchodach. Przez wiele lat historia obrastała w tak zwane dyscypliny pomocnicze, obecnie natomiast jej samej grozi przekształcenie się w jedną z takich dyscyplin, a mianowicie w naukę pomocniczą obchodomanii czy — jak kto woli — jubileuszomanii.

Janusz Tazbir Lekce w pustej klasie (w Silva rerum historicarum, ISKRY 2002).

Sejm obronił krzyże czwartek, gru 3 2009 

Cytuję tytuł notki Onetu. A w niej:

Sejm w uchwale w sprawie ochrony wolności wyznania i promocji wartości będących wspólnym dziedzictwem narodów Europy ocenił krytycznie wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zakazujący obecności krzyży w klasach szkolnych we Włoszech.

Wyrok głosił coś innego, ale przecież poseł czytać i rozumieć nie musi. Przepraszam — 357 posłów nie musi…

W uchwale podkreślono, że “znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka” i wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw.

Krzyż może się kojarzyć bardzo różnie. Zresztą nawet w religii najczęściej krzyż łączy się z koniecznością ‘dźwigania własnego krzyża’, to jest znoszenia cierpienia i trudności, a nie miłości. Wystarczy posłuchać kazań (ale poseł do kościoła chodzić nie musi). Z miłością może kojarzyć się Czerwony Krzyż, ale jego symbolu nikt zdejmować nie chce. Tak jak i nie oprotestowano występowania krzyży na karetkach pogotowia.

Ale — jak to możliwe, że posłowie nie pamiętają skandalistycznej walki o oświęcimskie żwirowisko z krzyżami? Tam też było to przypomnienie o gotowości poświęcenia dla drugiego człowieka?

Dodano również, że krzyż nawiązuje do tradycji wolnościowej I Rzeczypospolitej, która była w ówczesnej Europie wzorem tolerancji w sferze narodowościowej i religijnej.

W tejże I Rzeczpospolitej wcale popularną praktyką było ustawianie krzyży na ziemi spornej, tak by wymusić jej przejęcie. Zwłaszcza, gdy spór wiedziono z osobą innego wyznania. Niechby ‘luter’ lub ‘kalwin’ usunęli postawiony przez katolika krzyż — zaraz sprawa ze sporu o miedzę zamieniała się w akt religijnej napaści. No, ale poseł nie musi znać historii…

Przypomniano także, że w przeszłości “szczególnie w okresie dyktatury nazistowskiej i komunistycznej, akty wrogości wobec religii połączone były z masowym łamaniem praw człowieka i prowadziły do dyskryminacji.
Czy mamy tu wrogość wobec religii? Czy była ona cechą nazizmu, gdy żołnierze Wehrmachtu nosili na pasach wypisane “Gott mit uns”, a sam Adolf Hitler potrafił (jeśli chciał) przedstawiać się jako wzorowy katolik? Spór z religią nazistów był sporem o władzę, nie o symbole, w związku z czym był sporem późnym i marginalnym w jego dziejach. Inaczej to wyglądało w przypadku komunizmu, ale czy posłowie poważnie chcą powiedzieć, że za wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strassburgu stoi jakaś totalitarna dyktatura? Myślałem, że jednak oddziaływanie Radia Maryja jest mniejsze…

Mejle, ach te mejle… środa, gru 2 2009 

Czytam co pisze New York Times o ‘kontrowersyjnych mejlach klimatologów’. I się irytuję. Nie, nie na klimatologów.

Po pierwsze na podtytuł Onetu: “Ludzie “psują” klimat? Naukowcy: to mit” Tytuł ten nie ma nic wspólnego z treścią artykułu (choćby dlatego, że nie jest tam cytowany jakikolwiek naukowiec-krytyk, choć jest cytowanych dwóch przedstawicieli środowisk krytyków, dziwnym trafem dwóch ludzi, których w innym przypadku określony by krótko, jako ‘lobbystów’ — tu lobbystów energetyki opartej na paliwach kopalnych), za to jest chwytliwy. (Muszę tu jednak przyznać, że tak bardzo często jest z tytułami w portalach internetowych, na Onecie to wręcz reguła, Gazeta też ma często tego typu przeróbki… I to niezależnie od tematu.)

Po drugie, przyglądam się samej krytyce zawartej w trzech punktach:

1) zatajenie danych źródłowych, nieprzetworzonych,

2) ‘niejasność danych’ (ciekawe jakiego słowa użyto w oryginale?),

3) ‘zapobieganie drukowaniu publikacji oponentów’ i określanie ich jako bzdury, itp.,

i zastanawiam się, co o uprawianiu nauki wiedzą krytycy?

Weźmy ‘zatajenie danych źródłowych’ — tworzy się wrażenie spisku z powszechnej praktyki — do kariery naukowej są potrzebne tezy, argumenty, nie dane źródłowe. Owszem, czasem robi się bazy danych udostępnione dla badaczy, ale nie jest to regułą, a tym bardziej obowiązkiem. Niemal regułą jest udostępnienie danych zainteresowanym, ale i tu trzeba się starać, czasem uzasadniać potrzebę i cel wykorzystania danych — nadal nie są to dane ‘publiczne’.

Jeśli chodzi o ‘niejasność danych’ — występuje to przy każdym przypadku danych doświadczalnych. I każdy dobry fachowiec jest tego świadom — przypadki braku takiej świadomości funkcjonują jako zawodowe anegdoty. Mogę się spodziewać, że wielu młodych klimatologów ma tego świadomość niewielką, ale… praktycznie niemożliwym jest ugruntowanie naukowej teorii opartej tylko na odsetku (nawet jeśli nie jest on najmniejszy) niedouczonych badaczy.

No i ‘ zapobieganie drukowaniu publikacji oponentów’… Każdy artykuł naukowy powinien przejść etap recenzowania. W jednych czasopismach jest z tym gorzej, w jednych lepiej, trafiają się patologie, ale… Ale wyobraźmy sobie, że prof. Balcerowicz (którego nie jestem beznamiętnym wielbicielem) dostaje do zrecenzowania artykuł na temat polskiej transformacji autorstwa Andrzeja Leppera. Czy też uważalibyście, że określenie go jako ‘bzdury’ i odmowa publikacji w periodyku naukowym byłaby jakąś dyskryminacją niezależnych badaczy? Czy skrytykowano by za takie stwierdzenie prof. Balcerowicza?

***

Samo podjęcie tematu mogłoby być nawet kształcące (tak jak i “2012″ może być filmem kształcącym), ukazując złożoność i pułapki nauki, może nawet pewne patologie (bo i takie się trafiają), ale:

1) Czytam o naciskach politycznych nie tylko na większą otwartość, ale także polityczność nauki. Bo to, co wskazują krytycy hipotezy globalnego ocieplenia (czyli zaprzedania nauki polityce) dopiero wtedy stanie się faktem, gdy o kryteriach publikacji będą decydować politycy, albo panel przedstawicieli zainteresowanych stron, dbający o polityczne wyważenie przedstawianych tez.

2) Artykułowi wyraźnie brakuje odwołania do tego, co jest praktyką naukową, a badacza i lobbystę traktuje się prawie tak samo. Prawie, bo lobbyście bardziej ufa…

3) Wreszcie, czy ktoś poza władzami uczelni bada jak wykradziono mejle? W końcu wydostały się one drogami podejrzanymi (to nie pierwsze wykradzenie mejli klimatologów i przesłanie ich do prasy ze stronniczą interpretacją, choć pierwsze, które dotarło do mediów poważniejszych niż tabloidy). Gdy lata temu Nie Jerzego Urbana ujawniło fragment korespondencji rządu Rzeczpospolitej Polskiej ze Stolicą Apostolską nikt  w mediach głównego nurtu nie interesował się treścią, wszyscy rzucili się na fakt wykradzenia i opublikowania tajnej korespondencji. Nie twierdzę, że było to właściwe, ale dziwi mnie skąd takie odwrócenie sytuacji tutaj…

Z ambony wtorek, gru 1 2009 

To ambony są jeszcze w użyciu?

No dobrze, zostawiam na boku kwestie dziennikarza. Zostawiam nawet na boku przekonanie, że Kościół powinien przewodzić. Ale jaki musi być poziom braku samokrytycyzmu, by wierzyć, że jest się w stanie lepiej niż wierni określić kto jest dobrym kandydatem*.

*) Ale to bardzo w duchu św. Josemarii Escrivy, u którego mnie razi bardzo hierarchiczny i autorytarny sposób ujmowania świata — u góry są c świadomi i mądrzy, na dole ci, którymi się kieruje. Gdzie to w ludziach tkwi? I dlaczego można to sprzedać jako ‘cnotę pokory’?

Odkładając na półkę “Ewolucja jest faktem” Jerry’ego Coyne’a piątek, lis 27 2009 

Wątek darwinowski jakoś trafił do tego bloga. Niech tak już zostanie.

Książka (nowość wydawnicza, bo pojawiła się w drugiej połowie listopada w księgarniach!), po którą sięgnąłem by poświętować 150 lat od publikacji “O pochodzeniu gatunków” Karola Darwina zasadniczo bardzo mi się podobała, że tak trywialnie to określę.

Jest sprawnie napisana. Jest też kompleksowa. Zwykle myśląc o teorii Darwina nie ma się na myśli tylu jej implikacji, ile wskazuje autor. (A co za tym idzie także przewidywań, które można sprawdzić — to wieczne przypomnienie dla przeciwników darwinizmu.) Oczywiście, często autor operuje ogólnikami, ale trudno inaczej w umiarkowanie grubej książce popularyzującej naukę. Zresztą, przy takiej szerokości tematyki — bo i geologia tu wchodzi w grę, i genetyka, i sama ewolucja i socjobiologia, nie ośmieliłbym się oczekiwać czegoś innego.

Tylko jeden rozdział mnie nudził — poświęcony  doborowi płciowemu. Zapewne dlatego, że to temat dość szeroko omawiany w innych publikacjach, które czytałem w ostatnich latach, wnosił więc niewiele nowego. (Nawet jeśli znaleziska paleontologiczne są również często przytaczane, to sama ich różnorodność ułatwia oryginalny wybór, co czyni ten rozdział dla mnie ciekawym.)

Trzy tematy zaintrygowały mnie z powodów ‘pozaewolucyjnych’, czasem wręcz politycznych.

Pierwszy, to sam kreacjonizm. Autor zresztą widzi sprawę dość podobnie — teoria darwina nie jest zwalczana ze względu na argumenty, ale na poczucie, że może ona naruszyć fundamenty religijne i moralne. (Autor twierdzi, że nie może, niejako sugerując “NOMĘ”. Ja bym się z tym nie do końca zgodził — uznanie darwinizmu na pewno zaszkodziłoby chrześcijanom (czy muzułmanom)-kreacjonistom. Ale dlatego, że uparli się przy specyficznym rozumieniu religii, a nie dlatego, że darwinizm daje odpowiedzi etyczne.)

Drugi, to kwestia ras ludzkich. W przeciwieństwie do Goulda, Coyne uznaje istnienie ras ludzkich. Nawet podkreśla ich wagę. (Choć jednocześnie sam przyznaje, że liczba ras jest określana różnie, co wskazuje na brak dobrego kryterium ich wyróżniania.) Ciekawe jednak, że Gould i Coyne się niejako mijają — Coyne podkreśla wagę ras, ale dla kwestii czysto fizycznych, głównie związanych z odpornością na choroby (wskazuje na znaczenie rasy dla podjęcia właściwej kuracji), jednocześnie przeczy wszelkim różnicom intelektualnym, czy nawet fizycznym związanych z możliwościami organizmu… (Co dopuszcza Gould, choć wskazujący jednocześnie, że taka odpowiedź badacza nie oznacza, że wolno przyjąć ‘naturalne różnice’ jako właściwą odpowiedź etyczną w polityce społecznej.)

Trzecia sprawa, to socjobiologia i psychologia ewolucyjna. Tu Coyne i Gould są sobie bliscy — pewne podstawy są zapewne słuszne, ale całość jest mało wiarygodna. (Coyne idzie dalej niż Gould, nazywając to ‘pięknymi bajkami’.) Z obu się zresztą w tej mierze zgadzam.

A samą książkę polecam (choż z pewną wątpliwością w duchu — bo przecież jestem czytelnikiem dość specyficznym).

Viva Darwin! środa, lis 25 2009 

Wczoraj minęła 150 rocznica opublikowania “O powstawaniu gatunków” Karola Darwina. Rocznica dość hucznie obchodzona… tyle, że nie w mediach ‘codziennych’ — raczej zadbały o nią tygodniki i miesięczniki.

Czy jest to temat na bloga politycznego? Czy w ogóle jest to temat na bloga? Przecież podobnie nie świętuje się powstania teorii grawitacji. Nawet szczególna teoria względności, choć uświęcona, doczekała się bardzo nielicznych komentarzy.

O co chodzi?

To nie jest, tak do końca pytanie retoryczne. Owszem, nie będę udawał — o ‘kontrowersjach’ słyszę, zresztą google zachowują się idealnie w myśl oficjalnych pragnień kreacjonistów, by ‘obie teorie’ przedstawić jako sobie równe. Ale słyszeć, a rozumieć, o co chodzi, to dwie różne rzeczy.

Najkrócej mówiąc, teoria Darwina stała się przedmiotem polityki. Nie stała się nim z niczego — zaszkodziło jej połączenie demokracji i fundamentalizmu religijnego. Demokracja zmusza polityków by wysłuchiwali głosu wyborców, choćby symbolicznie, a fundamentalizm religijny stara się odnaleźć w religii ‘fundament’, który jego zdaniem współczesne społeczeństwo utraciło. I jakimś elementem tej utraty są zarówno zanczenie nauki, stawianej jako wyrocznia prawdy wyżej niż Biblia (czy Koran — nie mówią one o grawitacji, czy atomach, więc tam kontrowersji nie ma), jak i podważenie wyjątkowości człowieka (skądinąd nie tak odległe od twierdzeń Biblii…).

Ale to wyjaśnia postawę tylko części dyskutantów. (A i to niecałej — w końcu przynależność do mniejszości dostrzegającej spisek, czy manipulację — to coś, co potrafi bardzo pociągać, dodawać poczucia, że jest się lepszym.)

Jak to jest więc z drugą stroną?

Ta, chyba najczęściej odpowie, że czuje się atakowana, i że broni dziedzictwa metody naukowej, której zawdzięczamy samochody, elektrownie, komputery, czy choćby pełne półki w sklepach. I w gruncie rzeczy ma rację (z tego też powodu i ja piszę “Viva Darwin!”) — naukowość to pewien model myślenia, który mimo osiągnięć wydaje się niedoceniony. Na pewno nie uczą go szkoły, dociera się do niego mozolnie (a i często stosuje wybiórczo), dotarłszy zaś często się go broni, jako czegoś bardzo cennego w przypadku głośnych kontrowersji. Nie ma zaś chyba głośniejszych niż ta*.

Ale i to nie jest cała prawda. Bo nie tłumaczy rybki z nogami i napisem “Darwin” jako odpowiedzi na ‘rybki chrześcijańskie’.

Owszem, gdy mowa o rybkach na samochodach, to mamy coś w rodzaju sympatycznego (oby!)  przekomarzania się w sprawie wiary-niewiary. Faktycznie jednak czasami sugeruje się więcej — że Darwin niejako dowodzi nieistnienia Boga, albo że misja jego teorii wykracza poza biologię** i myślenie naukowe. Próbuje się wtedy włożyć tę teorię do głów bez dobrego argumentowania, trochę na skróty, byle głośno.

Jest w sumie jeszcze jedna rzecz, a raczej wiele rzeczy związanych z ewolucyjną interpretacją zachowań (socjobiologia, ale też już psychologia ewolucyjna). Na pewno jest to ciekawa konsekwencja ewolucji, której zasadnicze korzenie są zdrowe. Ale… Ale zbyt często widzę, że liczba spekulacji, łącząca tezę z wiedzą o świecie biologicznym jest tak duża, że można ją uznać za przejaw pseudonaukowego chciejstwa. W końcu to tak miło, twierdzić, że własne poglądy (nawet polityczne)***, to nie poglądy, ale obiektywne fakty naukowe, bo tak dowodzi nauka przyrodnicza, jaką jest biologia…

***

Sam zaś Darwin chyba cieszyłby się widząc późniejsze odkrycia, potwierdzające jego teorie, nawet tam, gdzie się tego spodziewać nie mógł.

*) Trafiają się maniacy, którzy twierdzą, że teoria względności to spisek uczonych z Einsteinem, albo że Ziemia jest wydrążona w środku, czy też — jak Fomienko, że cała chronologia historii postawiona jest na głowie, a Jezus żył w średniowieczu. Ale bez polityki i religii jako pożywek, nie mają one wielkiego znaczenia.

**) Faktycznie wykracza poza biologię — przykładem pewnego ‘drzewa ewolucji’ jest także ewolucja języków. Zapewne można znaleźć więcej przykładów, ewolucji nie-biologicznej, choć czy jest ona związana z przetrwaniem najlepiej dostosowanych można się zapewne spierać.

***) W jakiejś mierze dotyczy to także darwinizmu społecznego.

… i dobrze… wtorek, lis 24 2009 

Julia Pitera ma przeprosić Mariusza Kamińskiego… Nie będę przeciw, choć to dość zabawne, że Julia Pitera ma przeprosić Mariusza Kamińskiego za zachowanie typowe zarówno dla niej, jak i dla niego. I dobrze, że ma przeprosić. Choć, gdyby i Mariusz Kamiński musiał parę razy poprzepraszać, za analogiczne wypoiedzi — byłoby jeszcze lepiej.

***

W kinach “2012″. I dobrze. A raczej — mogło być dobrze. To przecież świetna okazja do dyskusji o podstawach naszej wiedzy, myśleniu spiskowym — w końcu tak potrzebnej dyskusji, w kontekście trudniejszych (politycznie) tematów, jak globalne ocieplenie, czy szczepionki i świńska grypa.

***

Dyskusja o krzyżach po wyroku strasburskim. I może też dobrze — może ktoś pomyśli, co ten symbol ma znaczyć, po co wisi i czy wisieć ma? Bo obecnie jest jak znak rozpoznawczy, mający identyfikować podział swój-obcy.

***

Pomysły konstytucyjne Donalda Tuska padają niejako z okazji drugiej rocznicy utworzenia rządu. Fakt, wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe jest rozsądniejszy niż obecna procedura, biorąc pod uwagę małe uprawnienia prezydenta. Z drugiej strony stanowisko to, w przypadku polityka z klasą, może być bardzo dobrym narzędziem stabilizacji kraju. Może więc lepiej, że PO raczej swego pomysłu nie przeforsuje…

Nie wiem… czwartek, lis 19 2009 

Czytam odpowiedź Wyborczej na list czytelnika. Odpowiedź, pod którą można by się podpisać, choć i mnie zdziwiło w pewnym momencie, jak bardzo Wyborcza stała się stroną i uczestnikiem ’straszenia’ Polaków świńską grypą. Jednak przyznałem im rację — nie tyle ze względu na grypę, co na działania ministerstwa, a co gorsza, próbę osłonięcia opóźnień i wpadek przez panią minister i najbliższych współpracowników.

***

Ale — bardziej zastanawia mnie pytanie, czy warto dawać tego typu odpowiedzi. Czytam bowiem komentarze i choć nie zgadzam się, że to odpowiedź na pismo ‘trolla’ (zdecydowanie krytyka, choć błędna, jest wyważona), to jednak zastanawia mnie kto i kogo ma przekonać.

Ci, których odpowiedź przekonuje, wcale jej nie potrzebowali. Ci, którzy zajęli inne stanowisko nawet nie czytają odpowiedzi uważnie. Dlaczego więc odpowiadać? Czy może odpowiedź dotrze do kogoś, kto jeszcze nie zapoznał się z tematem i go dokształci? Pozostaje mieć taką nadzieję.

Następna strona »