Odkładając na półkę: Epigenetyczna rewolucja czwartek, Maj 25 2017 

Gdy czytam, czym jest epigenetyka w Wikipedii, to właściwie wszystko się zgadza. Ale samo słowo „epigenetyka” z rozwinięciem, że chodzi o „badanie dziedziczenia pozagenowego” nie wiem, czy jest dobrze dobrane; bo istotą tej książki nie jest dziedziczenie, ale właśnie różne mechanizmy wpływające na ekspresję genów (które często są, ale które nie muszą być dziedziczne).

Bo książka nie jest o jakimś przywracaniu lamarckizmu* kosztem Darwina. Jest o tym, że świat jest o wiele bardziej skomplikowany, niż z samej tylko genetyki by się wydawało. I pod tym względem, jest to rzecz ważna i rzeczywiście rewolucyjna**.

Zdecydowanie bowiem nie doceniamy (w popularnym mówieniu i myśleniu  o człowieku i dziedziczeniu) mechanizmu ekspresji genów. Zresztą nie tylko, gdy mówimy o człowieku — taka ciekawostka z książki: krokodyle i aligatory nie mają określonej w chromosomach płci — to, czy rodzą się samce, czy samice, wynika z temperatury, w której przechowywane są jaja***, czyli mechanizmu ekspresji genów****.

Badacze stopniowo zdobywają wiedzę, która pokazuje, że odkrywana rzeczywistość jest skomplikowana, ale jednak przewidywalna. Prowadzi to do kolejnych odkryć i sukcesów, bo przecież bez znajomości tego mechanizmu nie dałoby się klonować ssaków. Oczekiwania są jednak dużo większe — w końcu skoro rak to rozwój komórek niezgodny z odziedziczonym DNA, to za przynajmniej częścią przypadków stoi zakłócenie mechanizmu ekspresji genów; gdyby więc można było go naprawić, to można by leczyć raka…

Nadzieje tu okazały się jednak przedwczesne, a koncerny farmaceutyczne, po pierwszej euforii, ograniczyły finansowanie badań w tym kierunku. To że badacze coraz lepiej rozumieją mechanizm ekspresji genów, nie oznacza, że potrafią go modyfikować (przynajmniej w przypadku dojrzałych organizmów).

Mamy więc rewolucję? W sensie rozumienia przez badaczy na pewno tak. W sensie przełożenia na życie, czy nawet powszechnego rozumienia problemów — jeszcze nie.

Nessa Carrey, The Epigenetics Revolution: How Modern Biology Is Rewritting Our Understanding of Genetics, Disease, and Inheritance, Columbia University Press, 2013


*) Przy całym szacunku dla Lamarcka. Bo czasem się to pokazuje tak, że był zły pseudouczony Lamarck i dobry uczony Darwin; tymczasem to Lamarck pierwszy myślał i mówił o ewolucji, a że działając przed Darwinem (więc i nie będąc jego oponentem) nie znał jeszcze mechanizmów dziedziczenia, to już inna sprawa.
Inna rzecz, że w pewnej (drobnej) mierze Lamarck miał rację, jak to pokazuje Nessa Carrey — istnieją cechy organizmu, które są „nauczane”, a następnie mogą być dziedziczone. Takim przypadkiem jest dziedziczona kwestia otyłości, wywodzącej się z zakłócenia odżywiania płodów w Holandii, w końcu 1944 roku.
**) Może jednak warto zauważyć, że książka wzbudzić miała dyskusje i nie wszyscy się zgadzają z przedstawionymi w niej tezami. To z jednej strony. Z drugiej strony, nie jest to rzecz zupełnie nowa.
***) Co prowadzi do obaw, że przy globalnej zmianie temperatury gatunki te wymrą…
****) U ludzi też ten mechanizm ma znaczenie i zdarzają się kobiety z męskimi genami; są to jednak przypadki rzadkie, a u krokodyli i aligatorów to reguła.

Odkładając na półkę: Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien poniedziałek, Maj 22 2017 

Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien? to próba spojrzenia na konflikt między religią a ateizmem, bez rozsądzania kto ma rację. (Choć sam autor wyraźnie przyznaje się do ateizmu, to jednak stara się zachować obiektywizm; a jeśli chodzi o relacje między nauką a religią jest blisko NOMA.)

Na pewno atutem książki jest próba zrozumienia i wytłumaczenia stanowisk. Wady? Cóż, drapieżny intelektualista miałby z tego tematu pyszną ucztę, wykazując choćby niespójność stanowisk. Ale Ruse drapieżny nie jest. Druga rzecz, to jednak trudność z oceną zjawisk w innych kulturach. Ruse posuwa się do wniosku, że ateizm istnieje tylko w chrześcijaństwie, bo dla Żydów, czy muzułmanów, nawet gdy odstępują od wiary, to religie stanowią pewien element kośćca kulturowego, który uznają. Ale czy to na pewno różni ich od „chrześcijańskich ateistów” ubierających choinkę na Boże Narodzenie? Nie czuję się na siłach rozgryźć ten problem, jednak wskazałbym, że wniosek autora wywodzi się z jego założeń, wedle których ateizm jest jedynie negacją wizji Boga, która wywodzi się z chrześcijaństwa (oczywiście z dodatkiem filozofii greckiej).

(Dodałbym do wad jeszcze, że jego żarciki, typowe dla doświadczonego wykładowcy na sali wykładowej, niekoniecznie są udane, gdy mówimy o książce.)

Atut do wynotowania — Ruse twierdzi, że tak na dobrą sprawę w całym sporze nie chodzi o Boga; że w sensie pojmowania świata ateista i teolog zbyt głęboko się nie spierają. Właściwy spór dotyczy etyki*. W wielkim uproszczeniu (choć Ruse nie bardzo to uproszczenie rozwija): wierzący zwykle uważają, że religia jest podstawą etyki i warunkiem dobrego życia; ateiści uważają, że religia prowadzi do hipokryzji, a wartość życia opiera na zakłamaniu. Stąd i temperatura sporów.

Michael Ruse, Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien?, tłum. Tomasz Sieczkowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2016

*) Dodałbym: „postrzegania wartości życia”, ale to przecież też w gruncie rzeczy etyka.

Odkładając na półkę: Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie i Obrażenia poniedziałek, Maj 15 2017 

Z bloga wygląda na to, że od 13-tego kwietnia niczego nie skończyłem czytać. To niezupełnie prawda. Owszem, była majówka, gdy czytałem notki w wikipedii, ewentualnie przewodniki i tablice. Bardziej nawet „owszem” — mam obecnie kilka lektur zaczętych, którym daleko do zakończenia i właśnie takie czytanie kilku rzeczy, których końca nie widzę wbija mnie w nastrój dryfowania bez celu. (Oczywiście, jeśli chodzi o lektury.) Jednak przerwę zawdzięczam głównie temu, że nie potrafiłem się zabrać do skomentowania Karla-Markusa Gaußa i jego reportażu o małych narodach Europy.

A nie potrafiłem zabrać się, bo:

  1. czytałem nie tak dawno Spadkobierców zapomnianych królestw Gerarda Russella, która do pewnego stopnia jest podobna, ale która jest lepsza;
  2. bo i mam wrażenie niespójności książki.

Muszę się tu wytłumaczyć. Z Russellem niby nic Gaußa nie łączy, bo jeden jeździ po Bliskim Wschodzie, drugi po Europie; jednego interesują rodzime mniejszości religijne, drugi do takiej mniejszości odwołuje się jednej… Ale jednak, w obu przypadkach autor dociera i opisuje do pewnych mniejszości. Tyle, że u Gaußa są to Asyryjczycy (chrześcijanie, którzy wyemigrowali z Iraku, czy Syrii by zamieszkać w Szwecji*), Cymbrowie (lud germański, zamieszkujący kilka miejscowości we Włoszech i zachowujący pewną odrębność od średniowiecza) i Karaimowie (którzy sami nie potrafią powiedzieć czym są, poza przyznawaniem się do judaizmu i zamieszkiwaniem Litwy*).

Opowieści Russella są bardziej różnorodne, bardziej egzotyczne. Zresztą, Russell pisał z doświadczenia, a Gauß założył sobie (i zdobył środki) na książkę reportażową. Nie, żebym zarzucał Gaußowi nieuczciwość (zresztą nie wiem, czy i Russell nie znalazł jakiegoś stypendium), niemniej widać, że przyjęte założenia ograniczają autora, że zmuszają go do pisania nie tylko o tym, co widział, ale także o tym czego nie widział.

Jeśli Gauß ma jakąś przewagę** to niemal*** jedną — nie widzi swych bohaterów w tak różowych okularach, jak Russell. Pod jego klawiaturą Asyryjczycy to skonfliktowana i pełna podejrzliwości grupa (co może zrozumiałe historycznie, ale wcale nie takie sympatyczne), Cymbrowie wymierają (stąd i tytułowa Roana i jej odchodzący mieszkańcy), a Karaimowie sami nie wiedzą kim są, nie licząc śladów hitlerowskiego antysemityzmu, który karze im odcinać się od Żydów.

Karl-Markus Gauß, Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie. Wyprawy do Asyryjczyków, Cymbrów i Karaimów, tłum. Sława Lisiecka, Czarne, 2010

* * *

Za pisanie o Gausie nie potrafiłem się zabrać, o tyle Obrażenia kilka razy mnie uderzyły. To zbiór reportaży o Polsce, nie tyle o państwie, co o złości i pretensjach. Jest o hejcie internetowym (przeciwko muzułmanom), o trudnościach z integracją, o przemocy (zresztą raz w sposób nietypowy, bo z historią transseksualisty, którego los jest ciężki, ale który też jest egoistyczny i wredny)…

To co mnie jednak uderzyło, to przedostatni reportaż, autorstwa Magdaleny Kicińskiej o przemocy domowej. I uderzył mnie z perspektywy politycznej, bo obecnie Polska (IV RP?) próbuje udawać, że problemu nie ma, ewentualnie jeśli jest, to wynika z sytuacji materialnej i naprawia go 500+… A w reportażu jest wszystko — przemoc prowadząca do zbrodni, bierność państwa, „ideologia gender”, tyle że odwrotnie niż to nasi dyżurni „katolicy” określają — kulturowe przyzwolenie na przemoc wobec kobiet i banalizowanie „dla dobra rodziny” toksycznych relacji. Więc jeśli ktoś jeszcze uważa, że rząd i minister Rafalska, czy prezydent Duda mają choćby cień racji, to powinien go przeczytać… Z drugiej strony, jeśli tak uważa, to zapewne i reportażu nie zrozumie.

Magdalena Kicińska, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Rejmer, Mirosław Wlekły, Maciej Wasilewski, Agnieszka Wójcińska, Urszula Jabłońska, Kaja Puto, Obrażenia. Pobici z Polską, Wielka Litera, 2016


*) Uważny czytelnik może zarzucić zbyt ograniczone zakreślenie miejsca zamieszkiwania, ale akurat do szwedzkich Asyryjczyków i litewskich Karaimów skierował się Gauß.
**) Nie chcę powiedzieć, że Gauß napisał książkę złą. Chcę powiedzieć, że o ile Russella mogłem wielu osobom polecać, to do Gaußa raczej warunkowo — o ile nie można sięgnąć po Russella.
***) Napisałem bez „niemal”, ale się poprawiam — Gauß opisuje życie imigrantów z Bliskiego Wschodu w Szwecji, zresztą zachwycony podejściem państwa szwedzkiego (mniej Szwedami), co w obliczu antyimigranckich histerii jest wartością ożywczą.

Trwać przeciwko trendom czasu piątek, Kwi 14 2017 

Spotkałem niedawno taki samochód-reklamę, wyrażający sprzeciw wobec przyjmowania komunii do ręki.

IMGP2079

Jakoś nie pamiętałem takiego fragmentu w Ewangelii. Zerknąłem więc o co chodzi. W skrócie to napiętnowanie św. Piotra za to, że myśli po ludzku, a nie po Bożemu.

***

Wczoraj na kazaniu usłyszałem o tym, że m.in. jednym wymagań stojących przed księdzem jest opieranie się nowoczesności, a przynajmniej nowoczesnym modom.

***

Ładnie, pięknie. To słuszne i sprawiedliwie by opierać się modom, by szukać prawdy, dobra i piękna; doszukiwać się myślenia Bożego. Tyle, że rodzi się we mnie jedno pytanie — skąd wiemy, że coś jest myśleniem Bożym, a coś ludzkim? że coś jest prawdą, a coś inne tylko nowoczesną modą?

Czy Ewangelie mówią coś o postawie podczas przyjmowania komunii? Ja bym się ewentualnie doszukał w Ewangelii wg św. Jana takiej wskazówki, gdzie umiłowany uczeń spoczywa na piersi Mistrza, a to pokazuje ostatnią wieczerzę, jako wschodnią ucztę, gdzie leży się na lewym i prawą ręką bierze do ust jedzenie i picie.

Nie tak jednak przyjmuje się komunię. Czy to znaczy, że przyjmowanie w postawie klęczącej, czy stojącej, bezpośrednio do ust, lub na rękę* należy uznać za nieprawidłowe?

Tak sobie zestawiam, co się w chrześcijaństwie przez te lata zmieniło, a przecież zmiany są szokujące. Choćby ta tak popularna nauka o „świętości rodziny”, skontrastowana z wypowiedziami Jezusa na temat potrzeby jej odrzucenia, „wzięcia w nienawiść brata lub siostry, ojca czy syna”. Choćby to jasne odrzucenie wyrażenia „ojciec” (a tym bardziej „ojciec święty”) dla człowieka, jako zarezerwowanego dla Boga, skontrastowane z określaniem papieża „ojcem świętym”.

***

Nie potrafiłbym z pewnością protestujących określić, że jakaś zmiana jest sprzeczna z wolą Bożą; albo że na pewno z nią zgodna; nie potrafiłbym też wskazać tej jedynie dobrej (lub jedynie złej) cząstki tradycji, w której po takim czasie można już znaleźć niemal wszystko. Mogę postulować jedynie szczere poszukiwanie, poważne używanie własnego rozumu; raczej odrzucałbym pogardzanie empatią jako nazbyt ludzką, czy nawet nowoczesnością; już raczej sugerowałbym by brać z dystansem wszystkie schematy myślowe, nie ważne czy płynące z tradycji, czy obecnych mód.

—-
*) Swoją drogą, gdy próbuję sobie zwizualizować tę wschodnią ucztę, to przyjmowanie do rąk wygląda o wiele bardziej historycznie i „po Bożemu” niż przyjmowanie bezpośrednio do ust…

Noi? piątek, Kwi 14 2017 

Czytam w tle, w jaki sposób Victor Orban rozbija opozycję — wystarczyło wskazać, że w organizowaniu protestów brało udział dwóch ludzi „powiązanych ze skompromitowaną partią socjalistyczną” i już energię protestujących unieważniono.

Przypomina mi to widziane nie tak dawno spontaniczne anty-pisowskie plakaty, z których jeden ktoś ozdobił słowami „SLD” i „PO”.

No i co, chce mi się zapytać? Nawet jeśli SLD i PO przygotowały plakaty (na co nie ma dowodów, tak jak na jakieś szczególne znaczenie ludzi związanych z partią socjalistyczną w protestach studenckich w Budapeszcie), to co w tym złego? Dlaczego takie etykietki miały być kompromitujące? Zwłaszcza, że chodzi o przeciwstawienie z PiSem, a więc nie porównanie absolutne, do jakiegoś wzorca wspaniałej partii dobrze kierującej Polską, ale do realnego bytu, który w każdej kategorii ma więcej grzechów niż „skompromitowane” partie z przeszłości.

Tyle, że łatwiej machnąć ręką, powiedzieć „skompromitowane”, „postkomuniści”, albo „Sowa”.

To jakiś znaczący brak w postrzeganiu rzeczywistości. Wydaje mi się, że widzę to i przy dawniejszych czasach, gdy czytam opinie, że ta czy inna sfera życia była w PRL zideologizowana, na co dowodem jest fakt, że rządzili źli komuniści. Prawidłowe rozumowanie powinno iść w przeciwnym kierunku — nie brać afiliacji politycznej za podstawę osądu moralnego, a w końcu wnioskowania o faktach; tylko opierając się na faktach, wysnuwać ocenę (w tym moralną) i ową oceną obciążyć rządzących, przywołując ich afiliację polityczną na samym końcu*.

Mogę tu dodać „aniemówilizm”, bo gdy rozkoszowano się młodzieżą, która protestowała przeciwko Romanowi Giertychowi uzasadniając to jego „obciachowością” twierdziłem, że „obciachowość” to nie argument, a protest może się za chwilę obrócić przeciwko każdemu, zupełnie bez uzasadnienia, jedynie podążając za obecną modą.

*) Dwa przykłady:
Źle: X jest złym mordercą, więc zabił Kennedy’ego.
Dobrze: X zabił Kennedy’ego, więc jest mordercą.

Źle: PiS jako partia chorobliwych wrogów państwa musi łamać konstytucję, więc obecnie TK działa bezprawnie.
Dobrze: PiS nie opublikował wyroku TK w sprawie prawidłowego wyboru sędziów, więc PiS złamał konstytucję.

Odkładając na półkę: Fala upału czwartek, Kwi 13 2017 

Z przyjemnością oglądałem serial „Castle”, z ciekawością sięgnąłem więc po kryminały Richarda Castle’a. Czytałem już „Krwawy sztorm”, teraz przyszedł czas na szybką rozrywkę z „Falą upału”.

Książka powstała w ramach promocji serialu — pisze ją serialowy bohater, a w rzeczywistości wydaje się pochodzić spod piór scenarzystów filmu (niestety, nigdzie nie znalazłem właściwego autora, a tylko filmowego) — cała akcja wygląda jak jeden z odcinków serialu, tyle że bohaterowie zmienili imiona (co z grubsza odpowiada serialowej „Fali upału”, która miała być inspirowana „życiem”, czyli serialem). W porównaniu z „Krwawym sztormem”, który był jedynie opowiadaniem, tu mamy już właściwie pełnowymiarowy kryminał z zagmatwaną akcją.

Kryminał dobry, czy zły? Trudno mi oceniać.

Za przemawia, że czyta się dobrze; jeszcze lepiej, jeśli się podstawi pod książkowych bohaterów postacie z filmu.

Z drugiej strony ciekawi mnie, jak odebrała by książkę osoba, która nie zna serialu. W końcu znających serial nie uderzają niektóre dziwnostki i niedopowiedzenia.

I jeszcze z jednej strony — autorem jest postać filmowa, aż prosi się o jakąś wielopoziomową grę tym faktem, kreowanie postaci filmowej autora za pomocą „jego” książki, itp., itd. Tymczasem powieść jest aż do bólu serialowa — odtwarza bohaterów, ich psychologię, wygląd, styl… To dość do dobrej lektury, nie dość, by wykorzystać potencjał, jaki „Fala upału” dawała.

Richard Castle, Fala upału, tłum. Katarzyna Godycka, 12 Posterunek, 2012

Odkładając na półkę: Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach poniedziałek, Mar 20 2017 

Po zwycięstwie PiSu, Trumpa, Brexicie, czytałem Lendvaia jako ostatniego niedobitka liberalnych elit, które postrzegają otwartość, jako nadzieję*. Swoją ideę wyjaśnia już na samym początku — Węgry odnosiły sukcesy, gdy przyciągano talenty innych ludów i gdy panowała zgoda. Traciły zaś na niesnaskach, tak jak traciły na prześladowaniach mniejszości.

Najchętniej widziałbym historię bez ideologii, ale nie wiem, czy to jest możliwe. A jeśli nie jest możliwe, to taka ideologia budzi moją sympatię. Książkę zresztą czytało mi się świetnie, choć trzeba ostrzec ewentualnych czytelników — to przedstawienie historii Węgier (choć charakterystyczne, że w tytule mamy naród, a nie państwo**), ale takiej historii, która tłumaczy postacie na pomnikach, czy popularne spory polityczno-historyczne. Mamy więc jeden rozdział na lata powojenne, ale ze trzy na rewolucję węgierską (bo trochę na rewolucję, trochę na przywódców, trochę na mity…)… Wszystko ma bardziej służyć zrozumieniu tego, jak Węgrzy postrzegają swoją historię, niż poznaniu samej historii***.

Węgrzy jawią się rzeczywiście „bratankami Polaków”. W cechach charakteru (gdy czytam o skłonności do ulegania fantazjom narodowym, czy świętowaniu klęsk); w historii „społecznej” (dominacja szlachty, podwójna bo i kulturowa, i wyjątkowo długo majątkowa, jak na Europę). Ale mimo wszystko, o Polsce Lendvai pisze niewiele. Polska to zwykle „państwo sympatyzujące” (w tę i we w tę), ale zbyt odległe by tworzyć węgierską historię.

***

Na koniec dwie uwagi.

Pierwsza to ta, że wadził mi ostatni rozdział poświęcony wybitnym Węgrom XX wieku. Chaotyczny i nieprecyzyjny w użyciu słowa Węgier. Trącił mi rodzimymi pretensjami do kolosalnego wkładu intelektualnego w naszym świecie (faktycznie jednak, biorąc pod uwagę liczbę ludności, to Węgrzy mają te pretensje lepiej uzasadnione).

Druga, to kwestia dwóch tłumaczy. Nie znalazłem komentarza dotyczącego wybranych przez nich rozdziałów do tłumaczenia. Miałem jednak wrażenie, że dwa ostatnie rozdziały są przetłumaczone gorzej — musiałem zawracać do już przeczytanych fragmentów, bo gubiłem się w ich sensie, pojawiły się też podkreślenia (które uważam za nieeleganckie i niepotrzebne, choć spodziewałbym się jednak, że pochodzą one od autora). Zabrakło też trochę wnikliwości redakcji — np. Lendvai powołuje się na polskiego pisarza opisującego „gulaszowy komunizm”, ale przypis prowadzi do innej jego książki, a ja bym chciał wiedzieć kim, z imienia i nazwiska, jest cytowany autor.

Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016

*) Wywód o historii Węgier kończy obrazek Victora Orbana, premiera wprowadzającego Węgry w nowe tysiąclecie. Obrazek dla mnie dwuznaczny (choć skoro wcześniej był Kadar, to wszystko może być dwuznaczne), ale też wskazujący, że książka zapewne (zabrakło mi daty wydania oryginału) jest starsza niż obecna antyliberalna fala.
**) W języku polskim nie ma rozróżnienia Węgier i Madziarów, choć pisząc o historii Węgier nie da się tego uniknąć. W skrócie — Madziarowie to lud, Węgry to państwo. Państwo praktycznie zawsze (do Trianon) wielonarodowe, którego spadkobiercami dzisiaj są nie tylko Węgry, ale i Słowacja, czy Chorwacja.
***) Choć tu tajemnicą dla mnie pozostawała narracja nacjonalistyczna… Lendvai pisze z pozycji liberalnych, ale często u niego pojawiają się stwierdzenia, że Węgrzy w znacznej swej liczbie odwoływali się do innych tradycji. Ich zarysu brakuje w tej książce.

 

Odkładając na półkę: Wczesnopiastowska arcitektura sakralna niedziela, Lu 19 2017 

Cenię Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego Dariusza A. Sikorskiego, więc sięgnąłem i po Wczesnopiastowską architekturę sakralną tegoż autora, choć to tylko „źródło historyczne do dziejów Kościoła w Polsce” (jak w podtytule pisze autor).

Cenię, bo autor wykonał ogromną pracę, będąc przy tym bardzo sceptycznym w swojej dość wąskiej dziedzinie (Kościół za czasów Mieszka i Bolesława), choć poza nią sceptycyzm się jakoś ulatnia… Na przykład, Dariusz Sikorski jest pewny, że Dagome iudex wskazuje na wielkie znaczenie Gniezna dla tworzącej się Polski, choć argumenty za utożsamieniem Schingese z Gnieznem wydają się słabe (właściwie jest to tylko możliwość podobnych przekształceń nazwy w języku, a przeciw jest praktyczne ograniczenie stosowania nazw miejscowych dla określania państw do faktycznych miast-państw, czym przecież ówczesne państwo Mieszka nie było).

Co zostaje po badaniach powiązanych ze sceptycyzmem?

Z czasów Mieszka zostaje Poznań (choć sama katedra raczej jako w najwcześniejszym przypadku dwie ostatnie dekady X wieku). Nie da się wykluczyć Ostrowa Lednickiego i Giecza. Autor optuje za Gnieznem, ale wynika to bardziej z jego interpretacji historii niż archeologii*.

To, co nie daje się wykluczyć za Mieszka, jest już pewne za Bolesława Chrobrego, do czego należy dodać Kraków (Wawel, a może i drewniany kościół, który mógł poprzedzać Kościół św. Wojciecha). Mapka na końcu wskazałaby jeszcze Łękno i Przemyśl (choć co do Przemyśla autor ma wątpliwości). Dopuszcza myśl o Wrocławiu, czy Kaliszu, w obu przypadkach jednak pozostałości uchwytne dla archeologii są tak słabo przebadane i niekompletne, że nie dają pewności.

Zauważyłbym, że w argumentacji autora jest jedna słabość, skądinąd zrozumiała — autor stara się wskazać na uchwytne archeologicznie ślady z X/XI wieku**. Uchwytne, to znaczy znalezione. O takie ślady bardzo łatwo na Ostrowie Lednickim (porzuconym jako siedziba władcy w XI wieku) i łatwo w Poznaniu (budownictwo przeniosło się w inne rejony). Ale okolice najstarszego grodu w Gnieźnie przebudowywano wielokrotnie, podobnie jak Wawel (tu sytuacja lepsza…). Badania Wrocławia są szczątkowe, a badania w Wiślicy i Płocku „nie miały szczęścia do badaczy”. To oznacza, że mapa zlokalizowanych zabytków jest w znacznej mierze mapą dobrze zachowanych śladów archeologicznych.

Dariusz Andrzej Sikorski, Wczesnopiastowska architektura sakralna, Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, 2012


*) Swoją drogą, stawia ciekawą tezę, że Mieszko rządził tylko zachodnią Wielkopolską, a Gniezno dostało się jego bratu. Dopiero pod koniec panowania miał rozszerzyć swoją władzę. Przy tym Mieszko nie miał ewangelizować (nakłaniać do ewangelizowania) mieszkańców swojego kraju, z wyjątkiem nielicznej elity.
**) Wielki problem związany jest z datowaniem, bo architekturę murowaną trudno datować. Nawet resztki drewna, z których badaniami przy pomocy węgla C14 wiązano wielkie nadzieje, niewiele przyniosły — nie dość, że próbki dawały małą dokładność, to jeszcze pojawiało się ryzyko „starego drewna” — w największym skrócie: badanie pokazywało wiek życia drzewa, a nie jego ścięcia i wykorzystania na budowie.

Odkładając na półkę: Jan Potocki czwartek, Lu 16 2017 

O tym, że Jan Potocki, autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie” (charakterystyczne, że z całego dorobku do naszych czasów wartość zachowała właściwie tylko ta powieść) miał życie fascynujące, słyszałem. Ale co to znaczy: fascynujące?

Cóż, żył w ciekawych czasach (w Polsce: sejm czteroletni, Konstytucja 3 maja, insurekcja kościuszkowska; poza Polską: rewolucja francuska, wojny napoleońskie); dużo podróżował (północna Afryka, Kaukaz, Mongolia, o banalnej Europie nie wspominając), angażował się w politykę (polską i rosyjską), badał historię i teraźniejszość wielu ludów (m.in. poszukiwał ostatnich Słowian połabskich), a nawet został aeronautą… W życiu prywatnym: dwa małżeństwa (z uwagą na wyjątkowo libertyńskie czasy, więc można to przemnożyć przez relacje z kochankami*, oraz kochankami żon), kilkoro dzieci, wreszcie samobójstwo.

Ale biografia nie wypada fascynująco. To raczej monotonne odnotowywanie faktów. Zresztą… Jan Potocki dużo widział, dużo pisał (jako amator, ale w obu znaczeniach tego słowa — czyli i miłośnik, i osoba, której często brakowało kompetencji), ale właściwie był człowiekiem niedokończonych projektów. Nawet „Rękopis znaleziony w Saragossie” nie doczekał się wydania w całości za jego życia.

***

Co mnie zaciekawiło, to pewna perspektywa postrzegania świata przez Jana Potockiego w XIX wieku, tak bardzo kontrastująca z podręcznikowymi wzorami. W XVIII wieku mamy nieprzeciętnie aktywnego i inteligentnego arystokratę, który jakoś w te podręczniki się wpisuje. Ale w XIX wieku już nie. Jan Potocki staje się konserwatystą, skoncentrowanym na obronie majątku i pozycji. Może niezupełnie osobistych — o te dbać nie potrafił. Ale rodziny i klasy. Sejm czteroletni, obrona niepodległości Polski, to dla niego jakaś niedobra, dziecięca choroba; broni krewniaka — Stanisława Szczęsnego Potockiego, a wraz z nim i Konfederacji Targowickiej; irytuje się na poparcie dla Bonapartego, nie ze względu na jego ocenę, ale ze względu na fakt, że to przeciwnik Rosji… Zresztą wyraźnie przeżywa upadek swojej kariery dyplomatycznej w rosyjskiej służbie. I nie czyni tego z pozycji Rosjanina, nie czyni tego nawet z pozycji człowieka, który obawia się o życie swoje i bliskich; ale z pozycji arystokraty, którego narodem jest klasa społeczna (co zresztą pokazują międzynarodowe kontakty). Ten sam interes klasy społecznej każe mu się zresztą wyrzec ideałów oświecenia…

Francois Rosset, Dominique Triaire, Jan Potocki. Biografia, tłum. Anna Wasilewska, W.A.B., 2006


*) Właściwie o kochankach Potockiego niczego konkretnego nie potrafię po lekturze powiedzieć, może z jednym wyjątkiem. O kochankach żon — i owszem.

Odkładając na półkę: Scherzo capricciosso środa, Lu 15 2017 

Książka na początku mnie rozczarowała, potem się spodobała. Ale jeśli to najpogodniejsze dzieło Skvorecky’ego (z taką opinią się spotkałem), to nie wiem, czy chcę czytać inne.

Rozczarowało mnie wzięcie na serio podtytułu: Wesoła fantazja na temat Dvoraka. Bo co tu jest wesołego? Sugestia, że Dvorak jest współwynalazcą, a przynajmniej popularyzatorem rodzącego się jazzu*? Że Antonina Dvoraka, było nie było, narodowego mistrza pokazano jako osobę nie stroniącą od alkoholu i kobiecych wdzięków? Osobę sympatyczną, ale bardzo ludzką, wykraczającą poza przeciętność tylko w muzyce; niezbyt pasującą do otaczających go elit. To wszystko w jakiejś mierze „wesołe”, ale nie jest to komizm, nic co mogłoby wywołać uśmiech.

Metodą budowy wizerunku Dvoraka w Stanach przez Skvorecky’ego jest tworzenie swoistej mozaiki, czegoś co przywodzi na myśl pointylizm w malarstwie — niezależne rozdziały, z których każdy jest zamkniętą całością, a które pokazują, czy to Czechów w USA, czy to epizody z życia Dvoraka i jemu bliskich. W efekcie nie dostaje się skończonego obrazu Dvoraka i jego pracy w USA, tylko serię impresji, tworzącą pewne wyobrażenie.

I to jest dobrze napisana powieść — niektóre rozdziały „wpychały w fotel”, czasem i szczerze bawiły. Ale jednak nad całą książką nie unosiła się we mnie jakaś wesołość. Przesłaniał ją powracający wątek przemijania, który dominuje nad całą powieścią. Owszem, jest to przemijanie życia pełnego, wypełnionego radością, sukcesami, niespełnionymi marzeniami, szczęściem i tragediami bliskich. Ale jednak jest to przemijanie.

Josef Skvorecky, Scherzo capricciosso. Wesoła fantazja na temat Dvoraka, tłum. Andrzej Jagodziński, Książkowe Klimaty, 2016


*) Nie tylko to jest wesołe, także wskazania inspiracji do dzieł Dvoraka.

Następna strona »