Odkładając na półkę: Listy z podróży czwartek, List 17 2016 

Capka czytałem ostatnio bardzo chętnie. Najpierw Hen „polecił” mi (w swoich dziennikach) jego Opowieści z różnych kieszeni, potem przyszedł czas na Fabrykę absolutu, a w końcu* postanowiłem nadrobić zaległości z dawno zakupionymi Listami z podróży.

Listy obejmują eseje pisane w czasie podróży do Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Holandii i Skandynawii w dwudziestoleciu międzywojennym. Podkreślę: eseje, gdyż nie były to listy prywatne, a teksty literackie przeznaczone do druku w prasie. Zresztą Capek się rozwijał i np. zaczął listy okraszać swoimi rysunkami (te z Holandii i Skandynawii wykazują wyraźne zdolności plastyczne), a w Skandynawii towarzyszyła mu żona-poetka (i jej wiersze również w tym wydaniu mamy).

W przeciwieństwie do wcześniejszych lektur, gdzie dość jednoznacznie się cieszyłem lekturą Capka, tu mam wątpliwości. W relacjach z Włoch pojawia się wiele klisz, w stylu którego można się spodziewać po Czechu**. (Tak, to zarzut, mimo sympatii dla postawy autora, bo miałem wrażenie, że wiele z tych włoskich listów mógł napisać nie wychodziwszy za próg domu, opierając się na zasłyszanych opiniach.) W Hiszpanii zachwyca się kulturą lokalną, podobnie w Holandii. Pisząc o Wielkiej Brytanii i Holandii zamieszcza sporo ciekawych spostrzeżeń. (Capek pisze w latach przełomowych i ten przełom dostrzega — folklor przestaje być czymś naturalnym (ocenia go jako taki jeszcze w Hiszpanii i niektórych regionach Holandii), a staje się „cepelią” dla turystów.) Za to opis Skandynawii mnie rozczarował, może dlatego że nastąpił po trzech ciekawszych zbiorach listów (Hiszpania, Wielka Brytania i Holandia), a Capek częściej próbował opisywać przyrodę niż ludzi, gdy to jednak opisy ludzi (czy społeczeństw) wychodziły autorowi lepiej… Tu, mimo wszystko, przydała się żona, bo relacjonowanie jej słów jest najzabawniejsze (z całą życzliwą zabawnością).

—-

I jeszcze uwaga edytorska — swoim zwyczajem czytałem ebooka i byłem głęboko rozczarowany — duża część przypisów „wkomponowała się” na sztywno w tekst i to bez ostrzeżenia, podział na strony tekstu drukowanego objawia się dziwnymi podziałami akapitów, a cyfrowe wersje ilustracji Capka są bardzo nierówne. Tę wersję książki czyta się źle, mimo całkiem ciekawej treści.

Karel Capek, Listy z podróży, przeł. Piotr Godlewski, W.A.B., Warszawa 2011

—-
*) Czeka na mnie jeszcze to i owo Capka, więc chyba to raczej przerwa niż koniec.
**) Upraszczam, zresztą nie jestem znawcą Capka i jego poglądów filozoficznych, ale  porównaniu do polskich autorów robi takie wrażenie, pisze jako chrześcijanin, ale krytycznie-złośliwy wobec katolicyzmu, do tego spogląda bardziej na zwykłych ludzi niż na elity — pasuje mi to do obrazu kultury czeskiej, dla której katoliccy Habsburgowie byli okupantami, i która opierała się na chłopach i mieszczanach, a nie szlachcie.

Odkładając na półkę, albu Trump środa, List 9 2016 

Tak się złożyło, że w dniu, w którym okazało się, że kolejnym prezydentem będzie Donald Trump zakończyłem lekturę dwóch książek lewicowych ekonomistów, których tezy są na antypodach polityki Trumpa (czyli mniejszych podatków od najbogatszych i większych od biedniejszych, może tylko przywrócenie cen nie jest na antypodach Ha-Joon Changa).

***

Ha-Joon Chang nazywa „złymi samarytaninami” bogate kraje i ich agendy (jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy), gdyż udzielając pomocy biednym bardziej im szkodzi niż pomaga. I to akurat można napisać nawet bez „chyba”, bo za tym stoją twarde dane empiryczne.

Za empirią już tak prosto nie jest. Ha-Joon Chang argumentuje, że recepty neoliberalne są „dobre” (cudzysłów, bo to też nie jest takie proste, ale przyjmijmy dla uproszczenia) dla państw bogatych — dotyczy to zwłaszcza swobodnego handlu, ale są zabójcze wobec wielu problemów ekonomicznych, których największe natężenie występuje w państwach „na dorobku”.

Ważne jest to ostatnie określenie — Ha-Joon Chang, analizując przykłady państw sukcesu, takich jak… Anglia (od Henryka VII), Stany Zjednoczone (w XIX wieku), Japonia, czy Korea, pokazuje, że za ich sukcesami krył się mądry interwencjonizm, a zwłaszcza mądra polityka celna, która wspierała raczkujące gałęzie przemysłu. I że w zasadzie nie ma przypadku odwrotnego.

Autor jednocześnie odnosi się do innych sugestii dotyczących przyczyn bogactwa i biedy — charakteru narodowego, czy korupcji, wskazując, że tu akurat trudno o jakieś jednoznaczne wzorce — oszczędni i pracowici zwykle stają się (jego zdaniem) ludzie, którzy mają szansę, którą otworzył im wzrost gospodarczy, a nie odwrotnie; korupcja zaś o ile maleje w miarę bogacenia, to nie widać efektu odwrotnego.

Gdy recepty Ha-Joon Changa przykładam do Polski (na przykład do pomysłu ministra Macierewicza na wyposażenie Obrony Terytorialnej w polskie drony) to jakoś przechodzi mi sympatia do autora; bo o ile mogę się zgodzić, że tak bywało, to jednak mam wiele wątpliwości, co do tego, w jakiej mierze taka ochrona przemysłu uniemożliwia mu wydoroślenie. Nawet jeśli Samsungowi się udało.

Ha-Joon Chang, Źli samarytanie. Tajna historia kapitalizmu, tłum. Barbara Szelewa, Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2016

***

Joseph Stiglitz (podobno mający „wpływ” na Ha-Joon Changa) pokazuje świat z innej perspektywy — o ile Ha-Joon Chang pragnąłby wzbogacenia się państw biednych, lekceważąc problemy bogatych (bo dadzą sobie radę), o tyle Stiglitz pragnie dobra biednych, ale w Stanach Zjednoczonych, machając ręką na inne państw, bo same sobie powinny dawać radę.

Ale też książka jest bardziej polityczna, bo wręcz kończy się zbiorem postulatów politycznych, które sprowadzają się do dwóch kwestii — więcej redystrybucji, mniej przywilejów dla elit gospodarczo-finansowych; bo jak argumentuje autor, tendencja od kilkudziesięciu lat jest odwrotna, a jej owoce trujące.

Jesteśmy jednak od Stiglitza mądrzejsi o znajomość wyniku wyborów w USA. Nie, nie wygrał Bernie Sanders, wygrał populista Donald Trump, który przywilejów elitom gospodarczo-finansowym chce przydać, a redystrybucję zmniejszyć. Choć, jednocześnie pragnie robót na wielką skalę (czyli jednej z form upragnionej przez Stiglitza polityki pełnego zatrudnienia) oraz ceł. Cóż, pożyjemy-zobaczymy, choć po lekturze Stiglitza to bym nastawiał się raczej na kryzys gospodarczy, wynikający z załamania gospodarczego w USA. Nie, że od razu — prezydent potrzebuje czasu, by wprowadzić reformy; nie wiadomo czy i jakie będzie miał zaplecze, ale jest na najlepszej drodze by zawieść swoich wyborców pragnących odnowienia „wielkości” Ameryki.

Joseph E. Stiglitz, Cena nierówności, tłum. Robert Mitoraj, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015

Język piątek, Paźdź 14 2016 

Nie jesteśmy obiektywni. Każdy ma coś, czemu łatwo ulega.

Zdałem sobie z tego sprawę, widząc jak kolega wychodząc ze sceptycznego wątpienia w dokładność pracy uczonych, dochodzi do wiary w spiski. Wystarczy powiedzieć, że nie wiadomo czegoś dokładnie, że coś jest wątpliwe, że nikt z relacjonujących nie badał osobiście, by już uwierzył, że to jest podejrzana sprawa.

Inny łapie się na schemat religijny. Oczekiwałaby dowodu i uzasadnienia, ale zamiast poważnych prac wystarczy coś nazwać „świadectwem”. I już. A znam i takich, którzy wierzą we wszystko co usłyszą od księdza (choć wobec nie-księży potrafią być sceptyczni).

Słucham i czytam ze zdziwieniem wielu „turbosłowian”, którzy dali się złapać na historię o Wielkiej Lechii, nie poparte tak na dobrą sprawę niczym. Na co się łapią? Wierzą w YouTube, słowo pisane jako takie? A może uwierzyli w wielkość narodu i spisek „pedagogiki wstydu”?

***

To prowadzi do pytania, jaki język jest moją własną słabością. Wydaje się, że jest nią język nauki — statystyki, ślepe próby itp.

Odkładając na półkę to i owo środa, Paźdź 12 2016 

Zacznijmy od „Początku”. Jim Baggott zebrał historię „stworzenia” w podobnym zakresie, w jakim ją znamy z Biblii — od stworzenia świata, poprzez stworzenie zwierząt, aż do człowieka i jego świadomości. Tyle, że uczynił to na gruncie nauki, nie na gruncie religii.

Pytania są dwa: ile wiemy i co jest ważne. Jeśli chodzi o pytanie pierwsze, to Jim Baggott jest na nie wyczulony, zwracając uwagę, co jest potwierdzone, a co jest tylko (jego zdaniem) najpoważniejszą hipotezą.

Baggott opowiada o stworzeniu światła, cząstek elementarnych i niejednorodności świata (to, wbrew pozorom, już dość zaawansowany wszechświat po Wielkim Wybuchu); stworzeniu gwiazd (Słonce powstało dopiero w „trzecim rzucie”), układów planetarnych; początkach Ziemi, narodzinach życia i powstaniu eukariotów… Mamy też trochę o wychodzeniu na ląd, a także wtręt o dinozaurach (nie, żeby znajdowały się w tym ciągu naszego stworzenia, ale skoro ludzi interesują…), by w końcu dojść do szerokiego opisu rozwoju człowiekowatych.

Ostatni rozdział dotyczy może najtrudniejszego tematu, czyli świadomości. Trudność jest dwojaka — świadomość nie zostawia śladów kopalnych, a także jest trudna do zdefiniowania z filozoficznego punktu widzenia (nawet trudniejsza niż życie).

Pewne fragmenty, powiedzmy fizyczne, bywały dla mnie trudne. Pewne, np. związane z ewolucją — łatwe. Może to kwestia wcześniejszych lektur (o fizyce prace popularnonaukowe czytywałem raczej pod koniec liceum, gdy o ewolucji czytuję dość regularnie). Każdy fragment może pozostawić niedosyt, ale cóż, takie założenie i ograniczenie objętości… Autor podaje zresztą bibliografię i poleca dwie inne książki (nie ma jednak informacji o tłumaczeniach na polski) na ten sam temat, można więc doczytać, gdy się jest zainteresowanym.

I jeszcze jedna uwaga — czytałem „Początek” w ebooku i nie wiem, czy to kwestia czytnika, czy konwersji, ale ebooki wydawane są niezbyt dobrze… Na przykład wciąż pokazują się odwołania do numerów stron (które nijak się mają do ebooka), albo skleiła się w jeden ciąg cała bibliografia. Mając mały ekranik nie pozwolił mi też doczytać nazwiska tłumaczy… Mimo względnie wysokich cen ebooków, wciąż czuję się traktowany jako czytelnik drugiej kategorii przed wydawców.

Jim Baggott, Początek. Naukowa historia stworzenia, tłum. Urszula i Marcin Seweryńscy, Prószyński i S-ka, 2016

***

Sięgnąłem po Zamek w Karpatach po wizycie u stóp Retezatu, gdy usłyszałem, że ta książka* Verne’a dotyczy zamku (tu padła nazwa) leżącego w pobliżu. Chciałem podtrzymać atmosferę tego miejsca.

Nic mi nie wiadomo, by Verne był w Siedmiogrodzie. To dla niego mityczna, odległa kraina, gdzie lud jest zabobonny. Aż przypomina się scena z Opactwa Northanger, gdzie ukochany tłumaczy bohaterce, że morderstwa to może we Włoszech, ale tu jest Anglia… Może więc lud zabobonny w Siedmiogrodzie, ale tu jest Francja…

Mam podejrzenia, że pisał to opowiadanie w oparciu o mapę, czy przewodnik. Pojawiają się więc nazwy miejscowe, które czasem (nie zawsze) znam, ale które średnio pasują do rzeczywistości. Tak, jakby zabrakło skali.

Zdaje się, że dotyczy to także samego tytułowego zamku. Opis mi nie pasuje do zamków wzmiankowanych na dokładnych mapach (ale… też ich nie odwiedziłem). Cóż, to jednak problem pisarstwa fantastycznego, po którym nie można się spodziewać zgodności z faktami. I tylko moje zainteresowanie wywołane inspiracją tej lektury.

Samo opowiadanie zaś jest trochę banalne z dzisiejszej perspektywy. Klasyczne połączenie wiary w naukę z romantyzmem, przy słabo rozbudowanych wątkach pobocznych (cóż, opowiadanie…). Pomysł autora by zaskakiwać na mnie nie bardzo zadziałał***, po kilku stronach domyślałem się, co będzie dalej. I miałem rację.

Inna rzecz jednak jakoś pozytywna — w XIX wieku, gdy Verne pisał swoje opowiadanie, rozum był wciąż w modzie. To widać. Zaczynamy od opisu tajemnicy, która sugeruje duchy i inne stwory, by dojść do rozwiązań rozumowych, mówiących też o potędze ludzkiego rozumu. Dzisiaj, gdy rozum jest passé, to byłoby niemożliwe.

Jules Verne, Zamek w Karpatach, tłum. nieznany**, Armoryka, 2014

*) Jest to dłuższe opowiadanie. Ale tego nie wiedziałem podczas „retezatowej” rozmowy.
**) Wikipedia podaje, że tłumaczenia pokazały się w końcu XIX wieku. Archaiczny język wskazuje na jedno z nich.
***) Już raczej w czeskim filmie o tym tytule… Ale tam właśnie przed odstępstwa od opowiadania.

***

Lema czytałem kiedyś zachłannie. Właściwie niewiele tytułów miałem wówczas nieprzeczytanych (potem trochę doszło, bo pojawiały się zbiory esejów publikowanych w prasie, gdy Lem, w latach 90-tych, stał się modnym komentatorem nowoczesności). Jednak to było kiedyś… Owszem, sięgnąłem ostatnio po „Dzienniki gwiazdowe” (zachęcony przywołaniem jednej z podróży) i nawet się nimi cieszyłem. Ale to jednak tylko wycinek twórczości.

Opowiadania też są wycinkiem, ale jednak jest tu chyba dość kompletny Lem — i dowcipny (z „Bajek robotów”, czy „Dzienników gwiazdowych”), i bardziej serio („Maska”), a nawet dość wczesny jeszcze („Terminus”).

Jaki jest Lem? Zna filozofię, którą potrafi ciekawie wpleść („Maska”), potrafi nauczyć, przypomnieć i skłonić do myślenia. Ale czy coś nowego samemu powiedzieć? Nie wiem. Nie miałem takiego poczucia. Na pewno jest bardzo seksistowski. Kiedyś o tym nie myślałem, na zwróconą w dyskusji internetowej uwagę przytaknąłem, bo seksizm Lema jest oczywisty; tu jednak miałem pogłębione jego studium — bohaterami są mężczyźni, to oni podbijają kosmos, oni rządzą, oni uprawiają naukę. Kobiety (o ile tak można powiedzieć, bo rzadko chodzi o Ziemianki…) ilustrują tezy dotyczące obyczajów (rodzinno-seksualnych) obcych cywilizacji. Tu nawet nie ma poważnie potraktowanego romansu, zresztą Lem jest świętoszkowaty w sprawach seksu, który pojawia się praktycznie zawsze, jako rzecz wstydliwa, którą inni (nigdy bohater) z dziwnym zapamiętaniem i grzechem (mimo braku odniesień religijnych) uprawiają. Jest tu jeden wyjątek — „Maska” — gdzie mamy „bohaterkę”, a nawet zarys romansowy; ale też i wyjątek znaczący, bo płeć jest tu tylko maską dla czystej idei.

Zupełnie nie sprawdziło się to, co u Lema jest pewną ekstrapolacją aktualnych trendów. Na przykład terroryzm… Choć wydaje nam się, że terroryzmu jest dużo i jest on ważnym tematem, to Lem, „rozwijający” trend z lat 60-tych i 70-tych na realia swoich opowiadań, pokazuje jak bardzo się on zmniejszył. I zmienił.

Kolejna rzecz, to właśnie rewolucja seksualna. U Lema ten temat wraca wręcz obsesyjnie, tymczasem mieliśmy konserwatywną kontrrewolucję. Choć kto wie, świętoszkowaci myśliciele zapewne nadal są zgorszeni.

Kolejna rzecz, to wizja wpływania na społeczeństwa przez substancje odurzające. To też trend, który przeminął. Choć kto wie, czy w przypadku poważniejszej wojny by nie wrócił. Zasadniczo wirtualna rzeczywistość tworzy się inaczej — w internecie głównie.

Za to satyra na totalitaryzm wydaje się zadziwiająco aktualna, mimo że formalnie mamy demokrację… „Wolna Rybicja Pinty” nie zginęła.

*

Do wyboru opowiadań mam dwie uwagi — wolałbym opowiadania podobnej wielkości, bo dwa długie — „Kongres futurologiczny” i „Maska” trochę swoimi wymiarami tu nie pasują — trzeba zmienić styl czytania. (Co mi robi różnicę, bo dopasowuję się często do komunikacji publicznej. I czy mogę doczytać jednym ciągiem do końca opowiadania, czy muszę je przerwać, robi mi różnicę.)

Druga uwaga: podtytuł mówi, że to wybór czytelników. Otóż niezupełnie, bo Jerzy Jarzębski go zmodyfikował. Nie wiem dokładnie jak wyglądała piętnastka czytelników, a szkoda. Modyfikacje trudno mi ocenić, bo faktycznie, „Maska” to mistrzostwo Lema, ale z drugiej strony (patrz wyżej) to opowiadanie długie, może dłuższe od „Zamku w Karpatach” (patrz wyżej), które tomik trochę „rozsadza”.

Stanisław Lem, Fantastyczny Lem. Antologia według czytelników, Wydawnictwo Literackie, 2016.

Odkładając na półkę: Historia papieży wtorek, Wrz 27 2016 

Jezuita, John O’Malley, napisał historię papieży bez kontrowersji. Jeśli ktoś na nie liczy, to nie ten adres. Jest to jednak też historia bez uciekania przed rzeczami niewygodnymi, chyba że za takie uznamy skrótowość… Ale czy można zarzucać pominięcie niektórych wątków książce o 351 stronach*, która obejmuje niemal 2000 lat historii?

Z lektury ukazuje się kilka punktów kluczowych w historii papieży. Może najważniejsza to zjednoczenie Włoch w XIX wieku, a dokładniej zdobycie przez wojska włoskie Rzymu w roku 1870. I jak wiele wcześniejszych wydarzeń było ono niejednoznaczne. Papieże uważali się długo za „więźniów Watykanu”, wywołali wręcz histerię wokół tego wydarzenia**, ale właśnie w ten sposób zyskali czas na zarządzanie Kościołem, a przede wszystkim zbudowali swój autorytet (a nawet kult).

John W. O’Malley, A History Of The Popes: From Peter To Present, Sheed & Ward, 2009


*) Dotyczy wydania drukowanego, a czytałem w ebooku. Mogę zgadywać, że właściwa treść to około 90% całości — resztę wypełniają dodatki.
**) Ogłoszono m.in., że nie można być jednocześnie Włochem i katolikiem. Przy całym zrozumieniu, jak głęboki był to sprzeciw wobec demokratycznych państw w ogólności, a Włoch w szczególności, czasem chciałbym takiego wyraźnego rozróżnienia w Polsce, bo popadliśmy w drugą skrajność — utożsamienia religii z nacjonalizmem.

Odkładając na półkę: Fabryka absolutu poniedziałek, Wrz 26 2016 

Z Capkiem mam pewne problemy.

Bo z jednej strony i wizjoner (pisać o silnikach atomowych, prawidłowo korzystając z wzoru Einsteina w latach 20-tych XX wieku), i człowiek dowcipny, i mający pewien brak, brak polskiego romantyzmu, który jest tak ożywczy.

Z drugiej strony, nie mam poczucia czytania mistrza języka, piszącego z polotem, a tylko intelektualisty.

***

Ale wróćmy do „Fabryki absolutu” —  fabuła jest dość prosta — w Czechach wynaleziony zostaje silnik atomowy, którego skutkiem ubocznym jest jednak uwalnianie „absolutu”. Wielu tłumaczy wprost na „Boga”, ale chyba lepiej pozostać przy absolucie, bo Bóg prowadzi do religii, a to owszem, jeden z objawów capkowskiego absolutu, ale nie jedyny. Bo absolut ma to do siebie, że działaj jak potężny wzmacniacz dla ludzkich przekonań. Jednych czyni głęboko religijnymi, ale innych może umacniać w ateizmie…

Nie wiem, ilu polskim pisarzom przeszłoby to przez pióro. Paru zapewne. Może Lemowi, może Sapkowskiemu… Capkowki na pewno nie sprawia problemu, by pokazać jakie problemy biorą się ze wzrostu życia religijnego. Bo choć ludzie religijni, „dotknięci absolutem”, czynią wiele dobra, to przede wszystkim popadają w fanatyzm prowadzący do wojen. Cóż, tu też odzywa się historia Czech…

Uruchomiona przez silniki atomowe inwazja absolutu na Ziemi prowadzi więc do kolosalnej wojny wszystkich ze wszystkimi, którą kończy śmierć niemal wszystkich zaangażowanych… A przy okazji zniszczeniu silników.

Charakterystyczne — choć wszyscy wiedzą, że to złe skutki uboczne silników atomowych, to są one produkowane i instalowane… Jakbym widział naszą własną rzeczywistość, gdzie zysk ekonomiczny często stawia się przed pożytkiem społecznym.

***

Przesłanie Capka nie jest antyreligijne (nie znam jeszcze opinii Capka o religii, ale skoro o niej przyjaźnie rozmawiał z Masarykiem, to nie mogła być ona wroga), jest tolerancyjne. Bo absolut choć prowadzi do walk nie oszukuje. To ludzkie ograniczenie powiązane z przekonaniem o własnej sile i głębi jest problemem, nie absolut sam w sobie. Należy więc dogadywać się ponad podziałami, a przede wszystkim szanować.

***

Swoją drogą, ta nieumiejętność dogadania się, to popadanie w sekciarstwo przypominają mi zapadanie się we własnych niszach współcześnie. Gdy ludzie wierzą w swój „bąbelek” w internecie i nie potrafią zrozumieć czego, co spoza niego pochodzi.

Karel Capek, Fabryka absolutu, tłum. Paweł Hulka-Laskowski, Dowody na Istnienie, 2015

Odkładając na półkę: Wojna Czu z Han niedziela, Sier 28 2016 

Tracę stopniowo zaufanie do Bellony, ale tym razem Waldemar Kuczyński polecał, wskazując na wytrwałą pracę własnego syna, więc się skusiłem na takie 5 minut* dla historii starożytnych Chin, zwłaszcza że czasem intryguje mnie, co było po, a co przed Pierwszym Cesarzem.

Nie mam powodów by narzekać na autora. Jeśli już czegoś mi brakowało, to oprócz mało czytelnych map (i niezrozumienia stąd płynącego, dlaczego Czu to południowe Chiny, bo dla mnie wschodnie), rozwiązania kwestii trudnej — jak się połapać w tak wielkim gąszczu obcych imion i nazwisk? Może coś dałoby się wymyślić, jakąś opisowość, albo przypominanie, kto jest kim?

***

Mam powody do innych refleksji. Historia, jak wiadomo, nie jest czymś naturalnym, jest pewnym wynalazkiem cywilizacji. Historię mieli wynaleźć Grecy (choć czy słusznie? może Egipcjanie ze swoim numerowaniem dynastii i spoglądaniem w przeszłość), a niezależnie od nich Chińczycy.

Dla opisu wojny Czu z Han** autor powołuje się na dwie kroniki, obie bardzo precyzyjne (autorzy cytują słowa padające podczas ucieczki w rydwanach z pola bitwy), ale właśnie w precyzji, w plotkarstwie, wreszcie w doszukiwaniu się rzeczy wstydliwych (a może tylko z europejskiej perspektywy) o wodzach i królach, budzących mój pewien niepokój. Bo owszem, Rzym (nieco później) też miał swojego Swetoniusza, ale i w jego przypadku można zapytać, na ile wiarygodnym historykiem jest plotkarz. Czy na prawdę biedny bękart-alkoholik, tchórz, bez cienia talentu wojskowego może wygrać wojnę i założyć cesarstwo? Jakoś mi ten wizerunek nie pasuje. Ale to pretensja-pytanie do autorów starożytnych kronik chińskich, nie do Macieja Kuczyńskiego.

Maciej Kuczyński, Wojna Czu z Han, 209-202 p.n.e., Bellona, 2014


*) Faktycznie wyszło z tego kilka godzin.
**) W rzeczywistości wojna Czu z Han zajmuje mniej miejsca w tej książce, niż opis rewolty przeciwko Qin Er Shi, czyli obaleniu pierwszego cesarstwa. Sama wojna Czu z Han to niejako post striptum do tej rewolty — walka dwóch największych zwycięzców między sobą.

PS.
Łapię się na tym, że zabrakło jeszcze jednej uwagi — zadziwia mnie wciąż kombinacja zaufania i zdrady. Właściwie każdy każdego zdradza, a jednak wciąż słudzy ufają swoim panom, sojusznicy wyprowadzają wojska na pomoc, posłańcy przemierzają szlaki… Owszem, autor wspomina, jak wielu rzeczy nie dało się zrobić, ze względu na brak zaufania. Ale przy takim poziomie (i pewnej beztrosce) zdrad, zaufania nie powinno być wcale. A było.

Odkładając na półkę: Polak-katolik? środa, Sier 17 2016 

Wrażenia z lektury książki Stanisława Obirka mam mieszane.

Z jednej strony blisko mi często do autora, niektóre myśli i uwagi są ciekawe (nawet jeśli czasem oczywiste, to sposób i czas, w jakim się pojawiają są inspirujące). Z drugiej strony mam wrażenie pewnego chaosu, gubienia się nawet nie w drodze do analizy polskiego katolicyzmu, co w samym pytaniu, do czego się dąży… A to dlatego, że jest u Stanisława Obirka trochę autobiografii, trochę krytyki Kościoła (z pozycji chrześcijańsko-liberalnych*), trochę narzekania na nędzę rodzimej teologii. Ale wszystkiego trochę, bo niczym też ta książka nie jest do końca.

Ale najchętniej odnotuję coś innego — uwagi Stanisława Obirka o przeżyciu religijnym (czyli o tym, czego w polskim katolicyzmie szuka bez skutku). By zilustrować, czym jest „przeżycie religijne” autor podaje dwie postacie — Ignacego Loyolę i Marcina Lutra. I pisze, że Lutra nie „stworzyły” tezy przybite na drzwiach kościoła, ale właśnie „przeżycie religijne” i płynące stąd postanowienie, że za Bogiem należy iść wszędzie, choćby narażając się innym. To właśnie „przeżycie religijne” kazało Marcinowi Lutrowi ryzykować i narażać się, gdy piętnował grzechy Kościoła.

(Notuję o Marcinie Lutrze, choć autor zauważa, że również ryzykowny był to wybór dla Ignacego Loyoli, mimo że postawił go niejako po drugiej stronie; ale o świadomość sprzeciwu, który spotkał Lutra jest szersza, więc lepiej ilustruje on tezę.)

Stanisław Obirek, Polak-katolik?, CiS, 2015

—-
*) Stanisław Obirek porzucił stan zakonny, ale nie wypiera się wiary. Więcej — w złożeniu się przyczyn intelektualnych i prywatnych dostrzega rękę Boga, która pomogła mu podjąć decyzję.

Koszulki poniedziałek, Sier 1 2016 

Wracam z Krakowa. Widać nacjonalizm młodzieży — dziewczynę, która na spotkanie z papieżem przyszła w koszulce „Wiara, Młodość, Nacjonalizm”, czy wkładane na tę okazję koszulki z symbolami NSZ*. Mnie rozłożył wczoraj chłopak w koszulce, która głosiła coś jak „Lepiej umierać stojąc, niż żyć na kolanach” i symbolem państwa podziemnego…

Przecież to kompletnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła Katolickiego! Nie mówię nawet o nauczaniu śląskich biskupów z roku 1939 (że ważne jest przetrwanie fizyczne narodu, zbożnym i patriotycznym jest więc wpisywanie się na volkslistę, o ile to pomoże przeżyć wojnę), mówię o wymogach dotyczących wojny sprawiedliwej określonych w Katechizmie.

Kościół może usprawiedliwić opór zbrojny, ale stawia dalsze wymagania — należy uwzględnić to, czy ten opór (a więc i zadana śmierć, i śmierć poniesiona) mogą przyczynić się do zwycięstwa (tu jest i racjonalizm militarny, i polityczny**). Bo jeśli nie, bo jeśli to jest opór dla takich wartości, jak choćby honor, to jest on złamaniem przykazania „Nie zabijaj”.

Rozumiem, że dla oporu dla oporu istnieją argumenty, że każdą rzecz należy indywidualnie zważyć — ale jeśli nie spełnia się tego warunku (tak jak to pokazuje wartość określona na koszulce), to pozostaje się w sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego. I demonstrowanie tego na spotkaniu z papieżem jest bezmyślnością.

PS.
Ta koszulka mnie zirytowała, pokazując, że „wspólnota wartości”, o której niektórzy mówili i pisali, nie była taka pełna, jakby to pierwszy rzut oka sugerował. Co nie znaczy, że to dominujące wrażenie po ŚDM. Dominująca jest jednak radość i otwartość młodych ludzi. Cóż, zamknięci i smutni raczej na takie Dni Młodzieży się nie wybierają, a i co bardziej skiśli mieszkańcy Krakowa wyjechali, by uniknąć trudności. Uderzający był więc kontrast wczorajszego wieczora, gdy pierwszy raz spotkaliśmy polską młodzież podmiejską*** — podpitą i wciąż przeklinającą. I nagle święto się skończyło.
PS.2.
Pozostają przy kwestiach politycznych — rzucała się w oczy dominacja flag narodowych, czy regionalnych (może najlepszym przykładem byli tu Francuzi). Flagi unijne były rzadkością, ale też je spotykaliśmy. Raz byli to Anglicy, raz Belgowie. Tak, jakby najbardziej potrzebę ponadnarodowej wspólnoty odczuwali ci, którzy stanęli w obliczu myśli o podziałach.

—-
*) Gwoli sprawiedliwości, rowerzysta wychwalający Szatana i zalety whisky też nas mijał, jak i pani protestująca przeciwko wizycie „homoseksualisty Bergoglio”.
**) Piszę to w dniu kolejnej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, ale absolutnie nie chcę go tu oceniać — nie chodzi mi o ocenę jego racjonalności. Chodzi mi tylko o koszulkę, dość chyba reprezentatywną dla tego, co wtłoczono młodym do głowy.
***) Bo nawet „czczący Szatana” rowerzysta to przykład młodzieży wielkomiejskiej, w typie aktywnym. A to też szczególny i pozytywny typ.

Odkładając na półkę: Królestwo środa, Lip 13 2016 

To osobista opowieść o początkach chrześcijaństwa, autorstwa pisarza (i scenarzysty), a nie teologa, księdza, czy historyka.

Ma to swoje plusy, bo większą część książki dobrze się czyta, bez gąszczu przypisów, z umiejętnie rysowanym tłem historycznym, to czasem niemal zarys powieści o śś. Pawle i Łukaszu… Takie podejście miało też (dla mnie) trochę odkryć, jak choćby uwaga autora, że łatwiej mu pisać o oglądanej pornografii, niż o przeżyciach religijno-duchowych, bo te są bardziej osobiste.

Minusów tego podejścia jest sporo, choćby takie otwarte wątki, jak kwestia „nawrócenia” autora (pisze z perspektywy ateisty, będącego kiedyś wierzącym, wciąż jednak będącym zafascynowanym chrześcijaństwem), gdzie spore obietnice, jakiejś próby zrozumienia „wiary” i przełożenia go na słowa zrozumiałe dla wszystkich, nie zostaje spełnione, nawet jeśli szczere (?) opisywanie balansowania między wiarą i niewiarą wypada autentycznie i może być inspirujące dla osób po obu stronach bariery.

Z mojego punktu widzenia pewnym minusem jest także bardzo wierne wczytywanie się w tradycję. Nie, żeby Carrere nie był w tym swobodny, bo jest, ale do odstępstw od tradycji prowadzi go „nos pisarza”, a nie jakaś logiczna analiza. Także wizja współczesnej biblistyki jest dość karykaturalna (i, o ile mi wiadomo, fałszywa).

Emmanuel Carrere, Królestwo, tłum. Krystyna Arustowicz, Wydawnictwo Literackie, 2016

Następna strona »