Odkładając na półkę: Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach poniedziałek, Mar 20 2017 

Po zwycięstwie PiSu, Trumpa, Brexicie, czytałem Lendvaia jako ostatniego niedobitka liberalnych elit, które postrzegają otwartość, jako nadzieję*. Swoją ideę wyjaśnia już na samym początku — Węgry odnosiły sukcesy, gdy przyciągano talenty innych ludów i gdy panowała zgoda. Traciły zaś na niesnaskach, tak jak traciły na prześladowaniach mniejszości.

Najchętniej widziałbym historię bez ideologii, ale nie wiem, czy to jest możliwe. A jeśli nie jest możliwe, to taka ideologia budzi moją sympatię. Książkę zresztą czytało mi się świetnie, choć trzeba ostrzec ewentualnych czytelników — to przedstawienie historii Węgier (choć charakterystyczne, że w tytule mamy naród, a nie państwo**), ale takiej historii, która tłumaczy postacie na pomnikach, czy popularne spory polityczno-historyczne. Mamy więc jeden rozdział na lata powojenne, ale ze trzy na rewolucję węgierską (bo trochę na rewolucję, trochę na przywódców, trochę na mity…)… Wszystko ma bardziej służyć zrozumieniu tego, jak Węgrzy postrzegają swoją historię, niż poznaniu samej historii***.

Węgrzy jawią się rzeczywiście „bratankami Polaków”. W cechach charakteru (gdy czytam o skłonności do ulegania fantazjom narodowym, czy świętowaniu klęsk); w historii „społecznej” (dominacja szlachty, podwójna bo i kulturowa, i wyjątkowo długo majątkowa, jak na Europę). Ale mimo wszystko, o Polsce Lendvai pisze niewiele. Polska to zwykle „państwo sympatyzujące” (w tę i we w tę), ale zbyt odległe by tworzyć węgierską historię.

***

Na koniec dwie uwagi.

Pierwsza to ta, że wadził mi ostatni rozdział poświęcony wybitnym Węgrom XX wieku. Chaotyczny i nieprecyzyjny w użyciu słowa Węgier. Trącił mi rodzimymi pretensjami do kolosalnego wkładu intelektualnego w naszym świecie (faktycznie jednak, biorąc pod uwagę liczbę ludności, to Węgrzy mają te pretensje lepiej uzasadnione).

Druga, to kwestia dwóch tłumaczy. Nie znalazłem komentarza dotyczącego wybranych przez nich rozdziałów do tłumaczenia. Miałem jednak wrażenie, że dwa ostatnie rozdziały są przetłumaczone gorzej — musiałem zawracać do już przeczytanych fragmentów, bo gubiłem się w ich sensie, pojawiły się też podkreślenia (które uważam za nieeleganckie i niepotrzebne, choć spodziewałbym się jednak, że pochodzą one od autora). Zabrakło też trochę wnikliwości redakcji — np. Lendvai powołuje się na polskiego pisarza opisującego „gulaszowy komunizm”, ale przypis prowadzi do innej jego książki, a ja bym chciał wiedzieć kim, z imienia i nazwiska, jest cytowany autor.

Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016

*) Wywód o historii Węgier kończy obrazek Victora Orbana, premiera wprowadzającego Węgry w nowe tysiąclecie. Obrazek dla mnie dwuznaczny (choć skoro wcześniej był Kadar, to wszystko może być dwuznaczne), ale też wskazujący, że książka zapewne (zabrakło mi daty wydania oryginału) jest starsza niż obecna antyliberalna fala.
**) W języku polskim nie ma rozróżnienia Węgier i Madziarów, choć pisząc o historii Węgier nie da się tego uniknąć. W skrócie — Madziarowie to lud, Węgry to państwo. Państwo praktycznie zawsze (do Trianon) wielonarodowe, którego spadkobiercami dzisiaj są nie tylko Węgry, ale i Słowacja, czy Chorwacja.
***) Choć tu tajemnicą dla mnie pozostawała narracja nacjonalistyczna… Lendvai pisze z pozycji liberalnych, ale często u niego pojawiają się stwierdzenia, że Węgrzy w znacznej swej liczbie odwoływali się do innych tradycji. Ich zarysu brakuje w tej książce.

 

Odkładając na półkę: Wczesnopiastowska arcitektura sakralna niedziela, Lu 19 2017 

Cenię Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego Dariusza A. Sikorskiego, więc sięgnąłem i po Wczesnopiastowską architekturę sakralną tegoż autora, choć to tylko „źródło historyczne do dziejów Kościoła w Polsce” (jak w podtytule pisze autor).

Cenię, bo autor wykonał ogromną pracę, będąc przy tym bardzo sceptycznym w swojej dość wąskiej dziedzinie (Kościół za czasów Mieszka i Bolesława), choć poza nią sceptycyzm się jakoś ulatnia… Na przykład, Dariusz Sikorski jest pewny, że Dagome iudex wskazuje na wielkie znaczenie Gniezna dla tworzącej się Polski, choć argumenty za utożsamieniem Schingese z Gnieznem wydają się słabe (właściwie jest to tylko możliwość podobnych przekształceń nazwy w języku, a przeciw jest praktyczne ograniczenie stosowania nazw miejscowych dla określania państw do faktycznych miast-państw, czym przecież ówczesne państwo Mieszka nie było).

Co zostaje po badaniach powiązanych ze sceptycyzmem?

Z czasów Mieszka zostaje Poznań (choć sama katedra raczej jako w najwcześniejszym przypadku dwie ostatnie dekady X wieku). Nie da się wykluczyć Ostrowa Lednickiego i Giecza. Autor optuje za Gnieznem, ale wynika to bardziej z jego interpretacji historii niż archeologii*.

To, co nie daje się wykluczyć za Mieszka, jest już pewne za Bolesława Chrobrego, do czego należy dodać Kraków (Wawel, a może i drewniany kościół, który mógł poprzedzać Kościół św. Wojciecha). Mapka na końcu wskazałaby jeszcze Łękno i Przemyśl (choć co do Przemyśla autor ma wątpliwości). Dopuszcza myśl o Wrocławiu, czy Kaliszu, w obu przypadkach jednak pozostałości uchwytne dla archeologii są tak słabo przebadane i niekompletne, że nie dają pewności.

Zauważyłbym, że w argumentacji autora jest jedna słabość, skądinąd zrozumiała — autor stara się wskazać na uchwytne archeologicznie ślady z X/XI wieku**. Uchwytne, to znaczy znalezione. O takie ślady bardzo łatwo na Ostrowie Lednickim (porzuconym jako siedziba władcy w XI wieku) i łatwo w Poznaniu (budownictwo przeniosło się w inne rejony). Ale okolice najstarszego grodu w Gnieźnie przebudowywano wielokrotnie, podobnie jak Wawel (tu sytuacja lepsza…). Badania Wrocławia są szczątkowe, a badania w Wiślicy i Płocku „nie miały szczęścia do badaczy”. To oznacza, że mapa zlokalizowanych zabytków jest w znacznej mierze mapą dobrze zachowanych śladów archeologicznych.

Dariusz Andrzej Sikorski, Wczesnopiastowska architektura sakralna, Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, 2012


*) Swoją drogą, stawia ciekawą tezę, że Mieszko rządził tylko zachodnią Wielkopolską, a Gniezno dostało się jego bratu. Dopiero pod koniec panowania miał rozszerzyć swoją władzę. Przy tym Mieszko nie miał ewangelizować (nakłaniać do ewangelizowania) mieszkańców swojego kraju, z wyjątkiem nielicznej elity.
**) Wielki problem związany jest z datowaniem, bo architekturę murowaną trudno datować. Nawet resztki drewna, z których badaniami przy pomocy węgla C14 wiązano wielkie nadzieje, niewiele przyniosły — nie dość, że próbki dawały małą dokładność, to jeszcze pojawiało się ryzyko „starego drewna” — w największym skrócie: badanie pokazywało wiek życia drzewa, a nie jego ścięcia i wykorzystania na budowie.

Odkładając na półkę: Jan Potocki czwartek, Lu 16 2017 

O tym, że Jan Potocki, autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie” (charakterystyczne, że z całego dorobku do naszych czasów wartość zachowała właściwie tylko ta powieść) miał życie fascynujące, słyszałem. Ale co to znaczy: fascynujące?

Cóż, żył w ciekawych czasach (w Polsce: sejm czteroletni, Konstytucja 3 maja, insurekcja kościuszkowska; poza Polską: rewolucja francuska, wojny napoleońskie); dużo podróżował (północna Afryka, Kaukaz, Mongolia, o banalnej Europie nie wspominając), angażował się w politykę (polską i rosyjską), badał historię i teraźniejszość wielu ludów (m.in. poszukiwał ostatnich Słowian połabskich), a nawet został aeronautą… W życiu prywatnym: dwa małżeństwa (z uwagą na wyjątkowo libertyńskie czasy, więc można to przemnożyć przez relacje z kochankami*, oraz kochankami żon), kilkoro dzieci, wreszcie samobójstwo.

Ale biografia nie wypada fascynująco. To raczej monotonne odnotowywanie faktów. Zresztą… Jan Potocki dużo widział, dużo pisał (jako amator, ale w obu znaczeniach tego słowa — czyli i miłośnik, i osoba, której często brakowało kompetencji), ale właściwie był człowiekiem niedokończonych projektów. Nawet „Rękopis znaleziony w Saragossie” nie doczekał się wydania w całości za jego życia.

***

Co mnie zaciekawiło, to pewna perspektywa postrzegania świata przez Jana Potockiego w XIX wieku, tak bardzo kontrastująca z podręcznikowymi wzorami. W XVIII wieku mamy nieprzeciętnie aktywnego i inteligentnego arystokratę, który jakoś w te podręczniki się wpisuje. Ale w XIX wieku już nie. Jan Potocki staje się konserwatystą, skoncentrowanym na obronie majątku i pozycji. Może niezupełnie osobistych — o te dbać nie potrafił. Ale rodziny i klasy. Sejm czteroletni, obrona niepodległości Polski, to dla niego jakaś niedobra, dziecięca choroba; broni krewniaka — Stanisława Szczęsnego Potockiego, a wraz z nim i Konfederacji Targowickiej; irytuje się na poparcie dla Bonapartego, nie ze względu na jego ocenę, ale ze względu na fakt, że to przeciwnik Rosji… Zresztą wyraźnie przeżywa upadek swojej kariery dyplomatycznej w rosyjskiej służbie. I nie czyni tego z pozycji Rosjanina, nie czyni tego nawet z pozycji człowieka, który obawia się o życie swoje i bliskich; ale z pozycji arystokraty, którego narodem jest klasa społeczna (co zresztą pokazują międzynarodowe kontakty). Ten sam interes klasy społecznej każe mu się zresztą wyrzec ideałów oświecenia…

Francois Rosset, Dominique Triaire, Jan Potocki. Biografia, tłum. Anna Wasilewska, W.A.B., 2006


*) Właściwie o kochankach Potockiego niczego konkretnego nie potrafię po lekturze powiedzieć, może z jednym wyjątkiem. O kochankach żon — i owszem.

Odkładając na półkę: Scherzo capricciosso środa, Lu 15 2017 

Książka na początku mnie rozczarowała, potem się spodobała. Ale jeśli to najpogodniejsze dzieło Skvorecky’ego (z taką opinią się spotkałem), to nie wiem, czy chcę czytać inne.

Rozczarowało mnie wzięcie na serio podtytułu: Wesoła fantazja na temat Dvoraka. Bo co tu jest wesołego? Sugestia, że Dvorak jest współwynalazcą, a przynajmniej popularyzatorem rodzącego się jazzu*? Że Antonina Dvoraka, było nie było, narodowego mistrza pokazano jako osobę nie stroniącą od alkoholu i kobiecych wdzięków? Osobę sympatyczną, ale bardzo ludzką, wykraczającą poza przeciętność tylko w muzyce; niezbyt pasującą do otaczających go elit. To wszystko w jakiejś mierze „wesołe”, ale nie jest to komizm, nic co mogłoby wywołać uśmiech.

Metodą budowy wizerunku Dvoraka w Stanach przez Skvorecky’ego jest tworzenie swoistej mozaiki, czegoś co przywodzi na myśl pointylizm w malarstwie — niezależne rozdziały, z których każdy jest zamkniętą całością, a które pokazują, czy to Czechów w USA, czy to epizody z życia Dvoraka i jemu bliskich. W efekcie nie dostaje się skończonego obrazu Dvoraka i jego pracy w USA, tylko serię impresji, tworzącą pewne wyobrażenie.

I to jest dobrze napisana powieść — niektóre rozdziały „wpychały w fotel”, czasem i szczerze bawiły. Ale jednak nad całą książką nie unosiła się we mnie jakaś wesołość. Przesłaniał ją powracający wątek przemijania, który dominuje nad całą powieścią. Owszem, jest to przemijanie życia pełnego, wypełnionego radością, sukcesami, niespełnionymi marzeniami, szczęściem i tragediami bliskich. Ale jednak jest to przemijanie.

Josef Skvorecky, Scherzo capricciosso. Wesoła fantazja na temat Dvoraka, tłum. Andrzej Jagodziński, Książkowe Klimaty, 2016


*) Nie tylko to jest wesołe, także wskazania inspiracji do dzieł Dvoraka.

Odkładając na półkę to i owo… wtorek, Lu 14 2017 

Nie poradziłem sobie dotąd z notką o książce Leszka Podhorodeckiego  pt. Kozacy zaporoscy. Krytycy piszą, że książka z minionej epoki, że trąci myszką… I ma się podobne wrażenie, ale czy to jakiś poważny zarzut? Że Leszek Podhorodecki nie zna najnowszej literatury trudno mu zarzucać, skoro to wznowienie książki napisanej już dość dawno (a sam autor zmarł). Że za bardzo podkreśla znaczenie różnic religijnych i kwestii ucisku przez możnowładztwo? Tu chciałbym na serio wiedzieć, czy dzisiejsze odcinanie się od takich poglądów ma podłoże badawcze, czy ideologiczne.

Wadą książki jest na pewno skrótowość w omówieniu samych powstań, ale nie czyniłbym zarzutu z tego, że lepiej opisano życie Kozaków. W końcu z samych powstań się ono nie składało…

Bellona opatrzyła nowe wydanie podtytułem Czy Polska stworzyła Ukrainę?, niepolityczna starość samej treści została więc „zrównoważona” podtytułem w bardzo aktualnym duchu…

Leszek Podhorodecki, Kozacy zaporoscy. Czy Polska stworzyła Ukrainę?, Bellona, 2011

PS.
Ale jednak mam pewną uwagę, bo intryguje mnie jedno — autor wywodzi źródło słowa „kozak”, jednak Kozacy byli nie tylko zaporoscy. Jak się mają jedni do drugich? Takiego odniesienia mi zabrakło.

***

Wielki seks w małym mieście to mój drugi kontakt z kryminałami Tatiany Polakowej. Mimo, że wśród miłośników kryminałów to autorka ceniona, to jakoś nie zagustowałem w jej pisarstwie… Właściwie, to choć zaczytałem się w kilku kryminałach z przyjemnością, zwykle miałem jakieś zastrzeżenia — do postaci, do fabuły…

W cyklu kryminałów z Olgą Riazancewą irytuje mnie wciąż jej pozycja. Bo kim jest? W powieści królują niedopowiedzenia — (była) kochanka „Dziadka” rządzącego miastem, działająca na jego polecenia, czasem nieformalnie, czasem formalnie… Oczywiście to obraz Rosji, w której rządzą „silni ludzie”, kontrolujący oficjalne, „demokratyczne” instytucje, ale też miejscową mafię. Tyle, że to niedopowiedzenie bardzo ułatwia autorce prowadzenie narracji, tak jak bagażnik i tylne siedzenia w ferrari głównej bohaterki*…

Takich niedomówień jest więcej, a ratują one główną bohaterkę od śmierci… I to sprawia, że trudno mi się jakoś zachwycać (choć czytałem z przyjemnością). No i ten świat wokół… Polakowa to druga (niektórzy twierdzą, że pierwsza) obok Marininy popularna autorka kryminałów z Rosji, ale jej świat nie jest światem „feministycznym”, wręcz przeciwnie — jest męski niemal do poziomu szowinizmu. Główna bohaterka jest praktycznie jedyną kobietą w męskim świecie ścigania zbrodni (podobnie jak u Marininy; zresztą samo w sobie jest to zrozumiałe), a jednocześnie żyje życiem dość bezpłciowym (nawet jeśli spotyka się z kochankiem) — nie wychowuje dzieci, nie zajmuje się domem. (Nie chodzi mi o to, że musi podpadać pod te stereotypy, ale że musiałaby się jakoś do nich odnieść. Olga to bogata i niezależna kobieta, którą muszą raz po raz wyciągać z kłopotów zaprzyjaźnieni mężczyźni… A kłopoty są wyłącznie „zawodowe”.)

Tatiana Polakowa, Wielki seks w małym mieście, tłumacza/ki nie potrafię znaleźć**, P.W. Rzeczpospolita S.A., 2008

—-
*) Nie znam za dobrze gamy produkcyjnej Ferrari, ale zasadniczo są to samochody dwuosobowe z minimalnym bagażnikiem — ukrycie w bagażniku trupa, czy branie dwóch dorosłych pasażerów… To jakaś inna bajka…
**) Książkę czytałem w ebooku i niewygodnie jest wracać na początek by poszukać nazwiska. Ale jakiś wstyd, że nie wynotowano go w internecie — nie zrobiono tego ani na LubimyCzytac.pl, ani w Gildii, gdzie zamieszczono fragment książki.

***

Po lekturze nie wiem, jaka jest Elżbieta II, ale już na pewno chciałbym ją poznać.

Królowa strzeże swojego życia prywatnego. To zresztą jeden z wciąż powracających wątków książki — gra, jaką musi toczyć rodzina królewska z mediami, z jednej strony zabiegając o ich przychylność, z drugiej strony, chroniąc prywatność. (Sama królowa jest wyraźnie po stronie prywatności, to jej dzieci i wnuki „udzielają się” w mediach.)

Drugi wątek, to zmiany jakie zaszły w Wielkiej Brytanii za jej panowania. Obejmowała władzę w kraju dość konserwatywnym (dość powiedzieć, że jej wuj zrezygnował z tronu ze względu na małżeństwo z rozwódką, jej siostra (księżna Małgorzata) nie mogła wyjść za ukochanego, bo ten był rozwodnikiem; tymczasem wśród dzieci rozwody stały się niemal normą…), w imperium, które chyliło się ku upadkowi. W każdej z tych sytuacji musiała się odnaleźć. I robiła to w swoim stylu — wycofana i uśmiechnięta, przytakująca i oponująca…

Królowa obroniła swoją pozycję (choć na ile poważnie była atakowana? autor przytacza przykłady postaw republikańskich, ale praktycznie nie określa zakresu tego zjawiska), złagodziła zakręty brytyjskiej polityki, zapewniła trwałość. To bardzo dużo. Ale jaka będzie przyszłość brytyjskiej monarchii? Ostatnie amerykańskie wybory zdają się być wielkim argumentem na rzecz jej trwałości — system prezydencki nie zapewnia tej stabilności, którą zapewnia królowa. Tyle, że w tym może być więcej jej taktu i emocjonalnej inteligencji, niż zasad ustrojowych… O czym się będziemy zapewne mogli przekonać, gdyż następca tronu, książę Karol, nie cechuje się matczyną powściągliwością…

Andrew Marr, Prawdziwa królowa. Elżbieta II jakiej nie znamy, tłum. Hanna Pawlikowska Gannon, Marginesy 2012

Odkładając na półkę: Jarmark sensacji poniedziałek, Sty 16 2017 

Czyta się świetnie*, ale żebym mógł autorowi zaufać, że te wszystkie historie są prawdziwe… Sam za nie ręczył i płacić, gdy odmawiano mu praw autorskich (bo do faktów ich nie można mieć, orzekały sądy)… Ale jednak… Czy można sobie wyobrażać, aż tak głupiego urzędnika, by wysłał stateczek rzeczny w podróż z Pragi do Bratysławy? Albo „Szubieniczna Toni”…

Ale poza kwestią zaufania i żalem, że tak mało (220 stron…), to mogę jedynie polecić do czytania.

Egon Erwin Kisch, Jarmark sensacji, tłum. Stanisław Wygodzki, Agora SA, 2014


*) Z zastrzeżeniem, że wpadłem w pewnym momencie na pomysł, że czytając Kischa można się gimnastykować. Wtedy czytało się gorzej…

Odkładając na półkę: Ekonomia. Instrukcja obsługi czwartek, Sty 12 2017 

Ha-Joon Changa czytałem dotąd chętnie. Zresztą „dotąd” nie ma sugerować, że się do niego zniechęciłem, a tylko to, że dawka była za duża jak na jeden rok, a autorowi, który pisze wciąż o tych samych tematach (współczesnej i historycznej ekonomii) trudno nie powtarzać argumentów i stylu myślenia.

Jednak jeśli Ha-Joon Chang ma swoje poglądy (nieprzypadkowo lubi go i wydaje Krytyka Polityczna), to stara się o obiektywizm — nie przedstawia jakiejś uniwersalnej recepty, mówi o raczej o mocnych i słabych punktach szkół ekonomicznych.

Książkę kończą streszczenia. To ciekawy pomysł, zrobić wersję własnej książki dla tych,  którzy mają tylko 10 minut, albo 2 godziny na lekturę. Gdyby streścić jeszcze bardziej, to chyba tak:

  1. Ekonomia jest zawsze polityczna, bo nawet jeśli udałoby się uzgodnić, że jakaś metoda służy do osiągnięcia jakiegoś celu (co wcale nie jest w ekonomii takie oczywiste), to zawsze pozostaje polityczna (i etyczna) ocena celu, jak i kosztów jego osiągnięcia.
  2. W ekonomii nie ma jednej szkoły, ani nawet ich uniwersalnej mieszanki. I ekonomiści rzadko dadzą się tylko do jednej przypisać. I dobrze. I nawet wydaje się, że szkół ekonomicznych brakuje, bo pewne tematy (choćby związane z pracą, jej organizacją itp.) są bardzo słabo w ekonomii analizowane.

Ha-Joon Chang, Ekonomia. Instrukcja obsługi, tłum. Barbara Szelewa, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015

PS.
Zerkam na opinie o książce i rzuca mi się w oczy „zmasakrowanie” autora dwoma zarzutami:
– że to jest historia ekonomii bardziej, niż ekonomia;
– że ekonomia powinna być w całości wydedukowana z filozofii.
No cóż… Mam wrażenie, że choć ów komentarz był wyrazem frustracji dziwaka, to jednak to chyba zasadnicza różnica między Ha-Joon Changiem a ekonomią dominującą w naszych mediach. I choć mam wątpliwości, na ile zależności historyczne odnoszą się do teraźniejszości, to jednak ignorancja w historii sprawia, że ekonomia odcina się od jakichkolwiek związków z namacalną rzeczywistością.

Odkładając na półkę: Mądrość serca wtorek, Sty 10 2017 

O Hryniewiczu słyszałem, bo któż nie słyszał o polskim teologu głoszącym powszechne zbawienie i „puste piekło”? Musiałem więc sprawdzić u źródła, choć źródło to może nie za dobre słowo — to rozmowy z ks. Hryniewiczem, a nie jakiś regularny wykład jego poglądów.

Rozmowy raz lepsze, raz gorsze — np. rozczarowała mnie dyskusja o końcu świata z tak znakomitym rozmówcą (m.in.), jak Czesław Miłosz… towarzyszyło mi jakieś dziwne wrażenie, że wszyscy dyskutują o czymś, czego nie przeżyli, co w sumie można odnieść do wszystkich rozmów w tej książce, ale co rzadko mnie uwierało.

Hryniewicz nie mówi o „wierze w powszechne zbawienie”, ale o „nadziei na powszechne zbawienie”. Ta uwaga bardzo mnie zafrapowała — niby „wiara, nadziei i miłość” są trzy, niemal równoważne (miłość najważniejsza), ale mówi się ciągle o wierze i wiernych, jakby nadzieję i miłość ktoś unieważnił, lub choćby wyjął z zakresu religii.

Ks. Wacław Hryniewicz, Mądrość serca. 18 rozmów o nadziei i miłosierdziu, WAM, 2016

Odkładając na półkę: Spadkobiercy zapomnianych królestw sobota, Sty 7 2017 

Leżąc z przeziębieniem nie tylko czytałem książkę, która mi się nie podobała, ale i taką która zrobiła na mnie duże, pozytywne wrażenie — chodzi o Spadkobierców zapomnianych królestw Gerarda Russella.

Gerard Russell to Brytyjczyk zafascynowany mniejszościami religijnymi Bliskiego Wschodu. Poznawał je jako badacz-podróżnik i jako brytyjski dyplomata. W efekcie to nie tylko książka o mniejszościach bliskowschodnich, ale także reportaż z Bliskiego Wschodu przełomu XX/XXI wieku, który ukazuje zupełnie inne oblicze muzułmańskiej większości*.

Bliski Wschód kojarzymy z islamem, judaizmem, czasem wspomni się bliskowschodnich chrześcijan, ale już o samarytanach, czy zoroastrianach pamięta rzadko. Autor dociera również do mandejczyków, jazydów, druzów i kalaszy. Do listy należy dopisać koptów (choć w zasadzie to grupa chrześcijan), a w epilogu pokazuje asyryjczyków i chaldejczyków (czyli chrześcijan z terenów głównie dzisiejszego Iraku, przy czym chaldejczycy to w zasadzie asyryjczycy, którzy doprowadzili do unii z katolicyzmem…).

Tak wiele grup zachowało się na Bliskim Wschodzie gdyż, jak zauważa autor, tak bardzo traktowany jako nietolerancyjny islam, gdyby uwzględnić swoistą średnią tolerancję przez stulecia, był bardziej tolerancyjny od chrześcijaństwa, które nie pozostawiło w Europie analogicznych mniejszości religijnych. To jednak nie znaczy, że nie są to społeczności w kryzysie, częściowo spowodowanym islamskimi prześladowaniami. (Tu jednak warto zauważyć, że autor porusza się nie tylko wśród przedstawicieli mniejszości, ale także muzułmanów i potępiając radykałów islamskich, wskazuje na wiele przypadków solidarności wyznawców różnych religii.)

Gerard Russell stara się powiązać obecne mniejszości religijne z dawną historią. U druzów, na przykład, dostrzega cień filozofów greckich; u kalaszy doszukuje się śladów Aleksandra Wielkiego… Rozważania te bywają ciekawe, ale też mam wrażenie ich pewnego naciągania. Może za wcześniej pojawił się tytuł książki, który jakoś należało usprawiedliwić?

Mniejszości religijne budzą jednoznaczną sympatię autora, a przez niego i czytelnika. Czasem nachodziły mnie jednak wątpliwości… Na przykład te próby izolowania się, a zwłaszcza wrogość wobec kobiet, które ośmieliły się poślubić przedstawiciela innej religii. To zrozumiałe, bo na Bliskim Wschodzie to żona powinna przyjąć religię i tradycję męża, ale jednak wolałbym rozpatrywać tolerancję na poziomie osobistym, a nie grupowym.

Łapię się też, że wcale nie jestem szczególnym relatywistą moralnym i wiele zwyczajów innych religii wcale mi się nie podoba. Choćby reguły czystości u kalaszy, choćby ciągła obecność kast, czy elementy tradycji i religijności koptyjskiej, takie jak obrzezanie mężczyzn i kobiet**.

Nieciekawie wypada też „teologia” mniejszości, choć i to jest zrozumiałe — wyobrazić sobie wystarczy, że z całego Kościoła Katolickiego ocalał jeden dekanat***, z niekoniecznie douczonymi duchownymi… Nie byłoby lepiej, a może i gorzej…

Wątkiem wciąż przewijającym się przez książką jest emigracja mniejszości na Zachód, głównie do USA (ale też Kanady, Australii, czy Wielkiej Brytanii). Ostatni rozdział poświęcony jest problemom tych społeczności na emigracji w USA, i pośrednio powtórzeniu pytania, które przez książkę się przewija — jaką przyszłość mają te mniejszości? czy przetrwają następne 50 lub 100 lat?

Gerard Russell, Spadkobiercy zapomnianych królestw. W poszukiwaniu wymierających religii Bliskiego Wschodu, tłum. Joanna Gilewicz, Wydawnictwo UJ, 2016


*) Na przykład historię o wykładzie filozofii Platona w szyickiej szkole koranicznej w Iranie.
**) Dodajmy, że nie jest to zwyczaj tylko koptyjski (zdaniem autora), raczej tradycja egipska, która dotyczy współcześnie zarówno muzułmanów, jak i chrześcijan-koptów. Choć z innych źródeł słyszę, że obrzezanie kobiet zostało znacząco ograniczone w ostatnich dwóch dziesięcioleciach — autor zupełnie tego nie analizuje, trudno mi więc oceniać na ile opisuje współczesność.
***) Rozmiary mniejszości są różne od setek i tysięcy, do milionów. Często jednak towarzyszy im jeszcze wewnętrzna izolacja, bo mimo czasowej tolerancji muzułmanów, to właśnie izolacja (np. w górach) zapewniła niektórym z nich przetrwanie.

Odkładając na półkę: Wielkie pranie mózgów sobota, Sty 7 2017 

Leżąc z przeziębieniem mam dużo czasu na mało potrzebne zajęcia. Aż sięgnąłem po „Wielkie pranie mózgów” Piotra Szumlewicza.

I w sumie się zawiodłem. Liczyłem na choć trochę analizy, tymczasem to zbiór refleksji dotyczących telewizji (głównie TVP) widzianej z dwóch stron — od środka i od zewnątrz. Reflektuję się, że słowo refleksja jest może nie na miejscu, może powinienem napisać o jadowitych uwagach pod adresem telewizji? Bo w pewnej mierze Szumlewicz przypomina Ziemkiewicza, który w swojej „Michnikowszczyźnie” napadał na układy i „wartości” mediów głównego nurtu; tyle że Ziemkiewicz przypuszczał atak z pozycji „prawicowych”, a Szumlewicz z lewicowych*.

Podobny jest cel ataku, czyli poprawność medialnego mainstreamu i panujące w nim układziki; podobna jest złość kipiąca w autorach. O ile jednak w książce Ziemkiewicza jedyną wartość dostrzegam w możliwości jej przemielenia na papier toaletowy, to Szumlewicza da się jednak czytać, a nawet czasem z nim zgodzić.

Czy w polskich mediach istnieją układy? Oczywiście. (A kto pokaże, gdzie układów brak?)

Czy media lansują pewną wspólną wizję rzeczywistości? Oczywiście. Tyle, że nie jest ona „lewacka”, tylko raczej chadecka (nie jest przypadkiem, że i PO i PiS próbowały określać się jako partie chadeckie, a SLD choć określało się jako socjaldemokracja wciąż lansowało program chadecki) — nazywanie jej „konserwatywno-liberalną” (jak to robi Szumlewicz) jest może pewną przesadą, ale nie jest zupełnym błędem.

Czy media mają swoje bożki, czyli wolny rynek i Jana Pawła II? Powiedziałbym, że w tym drugim przypadku to również oczywiste (nawet jeśli ataki Piotra Szumlewicza na Jana Pawła II i abp. Stanisława Dziwisza uważam za niesprawiedliwie przesadzone). W pierwszym nieco mniej, ale komentowanie ekonomii (z punktu widzenia liberalnego) przez żenująco niekompetentnych amatorów jest rzeczywiście popularne w polskich mediach.

Czy ludzie odpowiedzialni za media to homofobiczni mizogini i rasiści? Nie znam ich środowiska, a Szumlewicz podaje anegdotki ze swego życia, o tyle mało wiarygodne, że tam gdzie jego opowieść mogłem zweryfikować, tam koloryzował. Jest to jednak możliwe, bo te postawy są w Polsce popularne.

Jak widać, z Szumlewiczem się zgadzam (nie zawsze, ale w pewnych zarysach), ale z samą książką mniej. Bo o czym jest? O frustracji dziennikarza, który znalazł się na bocznym torze? A na dodatek zarabia mniej od Tomasza Lisa? (Bo dużo jest złośliwych uwag o niekompetencji gwiazdorów pobierających wielkie pensje z wprost podawanymi nazwiskami małżeństwa Lisów, Piotra Kraśki, czy Krzysztofa Ziemca.) Wciąż brakuje tam analizy, niekoniecznie od razu jakiejś statystyki, ale jednak próby spojrzenia na problem głębiej. Albo choćby wskazać, co trzeba zmienić. Tu w zasadzie pozostają trzy uwagi: więcej spraw społecznych w telewizji (trudno mi oceniać, jaka miara jest właściwa), inny sposób kształcenia dziennikarzy (raczej dziennikarstwo jako studia podyplomowe, które wymuszają już zdobycie pewnej wiedzy kierunkowej — tu się zgadzam z Szumlewiczem, wcześniej już przekonany do tej wizji), wreszcie konieczność wyodrębnienia redakcji gospodarczej w telewizji, by o ekonomii mówili fachowcy, a nie dziennikarze bez przygotowania (w zasadzie zaskakujące jest, że takiej redakcji nie ma**), przywołujący jako ekspertów lobbystów.

Piotr Szumlewicz, Wielkie pranie mózgów. Rzecz o polskich mediach, Czarna Owca, maj*** 2015

*) Cudzysłów przy Ziemkiewiczu, bo szukam lepszego określenia na brak moralności połączony z chorobliwą nienawiścią do Adama Michnika niż „prawicowość”, ale nie przychodzi mi do głowy żadne pojedyncze słowo, a sam Ziemkiewicz tak by określił swoje poglądy. Szumlewicz miewa uwagi pro-putinowskie i pro-eseldowskie, jednak pojawiają się one rzadko, a dominują wartości lewicowe, więc tu cudzysłowu nie potrzeba.
Swoją drogą, Szumlewicz bardzo słusznie punktuje prawicę za ustawienie sobie pola do dyskusji na prawo od Wyborczej (tu przypomina się ziemkiewiczowskie „między Michnikiem a Rydzykiem”), gdy Wyborcza powinna być lokowana raczej w centrum, a może nawet (zdaniem Szumlewicza) na prawicy. Uwaga Szumlewicza, że odpowiedzią na Dzień Żołnierzy Wyklętych dla prawdziwej symetrii powinna być propozycja ustanowienia Dnia Stalinisty**** jest może szokująca, ale jednak słusznie pokazująca, jak daleko od wymogu obiektywności w opisywaniu historii się odsunęliśmy.
**) Aż nie chciało mi się wierzyć, ale wygląda na to, że „redakcję ekonomiczną” ma tylko TVP Info, poza tym to część „publicystyki”.
***) Notuję miesiąc, bo osobną sprawą jest czytanie tej książki po wyborach roku 2015, a nawet refleksja, jak ona się wpisywała w ten wyborczy rok. I czy wpisywała się tylko przypadkowo…
****) Szumlewicz nie proponuje „Dnia Stalinisty”, tylko wskazuje, że jeśli po jednej stronie mówi się jednoznacznie o zbrodniach i nie wznosi nowych pomników, to i po drugiej stronie nie powinno być miejsca na tworzenie kultu.

Następna strona »