Trwać przeciwko trendom czasu piątek, Kwi 14 2017 

Spotkałem niedawno taki samochód-reklamę, wyrażający sprzeciw wobec przyjmowania komunii do ręki.

IMGP2079

Jakoś nie pamiętałem takiego fragmentu w Ewangelii. Zerknąłem więc o co chodzi. W skrócie to napiętnowanie św. Piotra za to, że myśli po ludzku, a nie po Bożemu.

***

Wczoraj na kazaniu usłyszałem o tym, że m.in. jednym wymagań stojących przed księdzem jest opieranie się nowoczesności, a przynajmniej nowoczesnym modom.

***

Ładnie, pięknie. To słuszne i sprawiedliwie by opierać się modom, by szukać prawdy, dobra i piękna; doszukiwać się myślenia Bożego. Tyle, że rodzi się we mnie jedno pytanie — skąd wiemy, że coś jest myśleniem Bożym, a coś ludzkim? że coś jest prawdą, a coś inne tylko nowoczesną modą?

Czy Ewangelie mówią coś o postawie podczas przyjmowania komunii? Ja bym się ewentualnie doszukał w Ewangelii wg św. Jana takiej wskazówki, gdzie umiłowany uczeń spoczywa na piersi Mistrza, a to pokazuje ostatnią wieczerzę, jako wschodnią ucztę, gdzie leży się na lewym i prawą ręką bierze do ust jedzenie i picie.

Nie tak jednak przyjmuje się komunię. Czy to znaczy, że przyjmowanie w postawie klęczącej, czy stojącej, bezpośrednio do ust, lub na rękę* należy uznać za nieprawidłowe?

Tak sobie zestawiam, co się w chrześcijaństwie przez te lata zmieniło, a przecież zmiany są szokujące. Choćby ta tak popularna nauka o „świętości rodziny”, skontrastowana z wypowiedziami Jezusa na temat potrzeby jej odrzucenia, „wzięcia w nienawiść brata lub siostry, ojca czy syna”. Choćby to jasne odrzucenie wyrażenia „ojciec” (a tym bardziej „ojciec święty”) dla człowieka, jako zarezerwowanego dla Boga, skontrastowane z określaniem papieża „ojcem świętym”.

***

Nie potrafiłbym z pewnością protestujących określić, że jakaś zmiana jest sprzeczna z wolą Bożą; albo że na pewno z nią zgodna; nie potrafiłbym też wskazać tej jedynie dobrej (lub jedynie złej) cząstki tradycji, w której po takim czasie można już znaleźć niemal wszystko. Mogę postulować jedynie szczere poszukiwanie, poważne używanie własnego rozumu; raczej odrzucałbym pogardzanie empatią jako nazbyt ludzką, czy nawet nowoczesnością; już raczej sugerowałbym by brać z dystansem wszystkie schematy myślowe, nie ważne czy płynące z tradycji, czy obecnych mód.

—-
*) Swoją drogą, gdy próbuję sobie zwizualizować tę wschodnią ucztę, to przyjmowanie do rąk wygląda o wiele bardziej historycznie i „po Bożemu” niż przyjmowanie bezpośrednio do ust…

Noi? piątek, Kwi 14 2017 

Czytam w tle, w jaki sposób Victor Orban rozbija opozycję — wystarczyło wskazać, że w organizowaniu protestów brało udział dwóch ludzi „powiązanych ze skompromitowaną partią socjalistyczną” i już energię protestujących unieważniono.

Przypomina mi to widziane nie tak dawno spontaniczne anty-pisowskie plakaty, z których jeden ktoś ozdobił słowami „SLD” i „PO”.

No i co, chce mi się zapytać? Nawet jeśli SLD i PO przygotowały plakaty (na co nie ma dowodów, tak jak na jakieś szczególne znaczenie ludzi związanych z partią socjalistyczną w protestach studenckich w Budapeszcie), to co w tym złego? Dlaczego takie etykietki miały być kompromitujące? Zwłaszcza, że chodzi o przeciwstawienie z PiSem, a więc nie porównanie absolutne, do jakiegoś wzorca wspaniałej partii dobrze kierującej Polską, ale do realnego bytu, który w każdej kategorii ma więcej grzechów niż „skompromitowane” partie z przeszłości.

Tyle, że łatwiej machnąć ręką, powiedzieć „skompromitowane”, „postkomuniści”, albo „Sowa”.

To jakiś znaczący brak w postrzeganiu rzeczywistości. Wydaje mi się, że widzę to i przy dawniejszych czasach, gdy czytam opinie, że ta czy inna sfera życia była w PRL zideologizowana, na co dowodem jest fakt, że rządzili źli komuniści. Prawidłowe rozumowanie powinno iść w przeciwnym kierunku — nie brać afiliacji politycznej za podstawę osądu moralnego, a w końcu wnioskowania o faktach; tylko opierając się na faktach, wysnuwać ocenę (w tym moralną) i ową oceną obciążyć rządzących, przywołując ich afiliację polityczną na samym końcu*.

Mogę tu dodać „aniemówilizm”, bo gdy rozkoszowano się młodzieżą, która protestowała przeciwko Romanowi Giertychowi uzasadniając to jego „obciachowością” twierdziłem, że „obciachowość” to nie argument, a protest może się za chwilę obrócić przeciwko każdemu, zupełnie bez uzasadnienia, jedynie podążając za obecną modą.

*) Dwa przykłady:
Źle: X jest złym mordercą, więc zabił Kennedy’ego.
Dobrze: X zabił Kennedy’ego, więc jest mordercą.

Źle: PiS jako partia chorobliwych wrogów państwa musi łamać konstytucję, więc obecnie TK działa bezprawnie.
Dobrze: PiS nie opublikował wyroku TK w sprawie prawidłowego wyboru sędziów, więc PiS złamał konstytucję.

Odkładając na półkę: Fala upału czwartek, Kwi 13 2017 

Z przyjemnością oglądałem serial „Castle”, z ciekawością sięgnąłem więc po kryminały Richarda Castle’a. Czytałem już „Krwawy sztorm”, teraz przyszedł czas na szybką rozrywkę z „Falą upału”.

Książka powstała w ramach promocji serialu — pisze ją serialowy bohater, a w rzeczywistości wydaje się pochodzić spod piór scenarzystów filmu (niestety, nigdzie nie znalazłem właściwego autora, a tylko filmowego) — cała akcja wygląda jak jeden z odcinków serialu, tyle że bohaterowie zmienili imiona (co z grubsza odpowiada serialowej „Fali upału”, która miała być inspirowana „życiem”, czyli serialem). W porównaniu z „Krwawym sztormem”, który był jedynie opowiadaniem, tu mamy już właściwie pełnowymiarowy kryminał z zagmatwaną akcją.

Kryminał dobry, czy zły? Trudno mi oceniać.

Za przemawia, że czyta się dobrze; jeszcze lepiej, jeśli się podstawi pod książkowych bohaterów postacie z filmu.

Z drugiej strony ciekawi mnie, jak odebrała by książkę osoba, która nie zna serialu. W końcu znających serial nie uderzają niektóre dziwnostki i niedopowiedzenia.

I jeszcze z jednej strony — autorem jest postać filmowa, aż prosi się o jakąś wielopoziomową grę tym faktem, kreowanie postaci filmowej autora za pomocą „jego” książki, itp., itd. Tymczasem powieść jest aż do bólu serialowa — odtwarza bohaterów, ich psychologię, wygląd, styl… To dość do dobrej lektury, nie dość, by wykorzystać potencjał, jaki „Fala upału” dawała.

Richard Castle, Fala upału, tłum. Katarzyna Godycka, 12 Posterunek, 2012

Odkładając na półkę: Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach poniedziałek, Mar 20 2017 

Po zwycięstwie PiSu, Trumpa, Brexicie, czytałem Lendvaia jako ostatniego niedobitka liberalnych elit, które postrzegają otwartość, jako nadzieję*. Swoją ideę wyjaśnia już na samym początku — Węgry odnosiły sukcesy, gdy przyciągano talenty innych ludów i gdy panowała zgoda. Traciły zaś na niesnaskach, tak jak traciły na prześladowaniach mniejszości.

Najchętniej widziałbym historię bez ideologii, ale nie wiem, czy to jest możliwe. A jeśli nie jest możliwe, to taka ideologia budzi moją sympatię. Książkę zresztą czytało mi się świetnie, choć trzeba ostrzec ewentualnych czytelników — to przedstawienie historii Węgier (choć charakterystyczne, że w tytule mamy naród, a nie państwo**), ale takiej historii, która tłumaczy postacie na pomnikach, czy popularne spory polityczno-historyczne. Mamy więc jeden rozdział na lata powojenne, ale ze trzy na rewolucję węgierską (bo trochę na rewolucję, trochę na przywódców, trochę na mity…)… Wszystko ma bardziej służyć zrozumieniu tego, jak Węgrzy postrzegają swoją historię, niż poznaniu samej historii***.

Węgrzy jawią się rzeczywiście „bratankami Polaków”. W cechach charakteru (gdy czytam o skłonności do ulegania fantazjom narodowym, czy świętowaniu klęsk); w historii „społecznej” (dominacja szlachty, podwójna bo i kulturowa, i wyjątkowo długo majątkowa, jak na Europę). Ale mimo wszystko, o Polsce Lendvai pisze niewiele. Polska to zwykle „państwo sympatyzujące” (w tę i we w tę), ale zbyt odległe by tworzyć węgierską historię.

***

Na koniec dwie uwagi.

Pierwsza to ta, że wadził mi ostatni rozdział poświęcony wybitnym Węgrom XX wieku. Chaotyczny i nieprecyzyjny w użyciu słowa Węgier. Trącił mi rodzimymi pretensjami do kolosalnego wkładu intelektualnego w naszym świecie (faktycznie jednak, biorąc pod uwagę liczbę ludności, to Węgrzy mają te pretensje lepiej uzasadnione).

Druga, to kwestia dwóch tłumaczy. Nie znalazłem komentarza dotyczącego wybranych przez nich rozdziałów do tłumaczenia. Miałem jednak wrażenie, że dwa ostatnie rozdziały są przetłumaczone gorzej — musiałem zawracać do już przeczytanych fragmentów, bo gubiłem się w ich sensie, pojawiły się też podkreślenia (które uważam za nieeleganckie i niepotrzebne, choć spodziewałbym się jednak, że pochodzą one od autora). Zabrakło też trochę wnikliwości redakcji — np. Lendvai powołuje się na polskiego pisarza opisującego „gulaszowy komunizm”, ale przypis prowadzi do innej jego książki, a ja bym chciał wiedzieć kim, z imienia i nazwiska, jest cytowany autor.

Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016

*) Wywód o historii Węgier kończy obrazek Victora Orbana, premiera wprowadzającego Węgry w nowe tysiąclecie. Obrazek dla mnie dwuznaczny (choć skoro wcześniej był Kadar, to wszystko może być dwuznaczne), ale też wskazujący, że książka zapewne (zabrakło mi daty wydania oryginału) jest starsza niż obecna antyliberalna fala.
**) W języku polskim nie ma rozróżnienia Węgier i Madziarów, choć pisząc o historii Węgier nie da się tego uniknąć. W skrócie — Madziarowie to lud, Węgry to państwo. Państwo praktycznie zawsze (do Trianon) wielonarodowe, którego spadkobiercami dzisiaj są nie tylko Węgry, ale i Słowacja, czy Chorwacja.
***) Choć tu tajemnicą dla mnie pozostawała narracja nacjonalistyczna… Lendvai pisze z pozycji liberalnych, ale często u niego pojawiają się stwierdzenia, że Węgrzy w znacznej swej liczbie odwoływali się do innych tradycji. Ich zarysu brakuje w tej książce.

 

Odkładając na półkę: Wczesnopiastowska arcitektura sakralna niedziela, Lu 19 2017 

Cenię Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego Dariusza A. Sikorskiego, więc sięgnąłem i po Wczesnopiastowską architekturę sakralną tegoż autora, choć to tylko „źródło historyczne do dziejów Kościoła w Polsce” (jak w podtytule pisze autor).

Cenię, bo autor wykonał ogromną pracę, będąc przy tym bardzo sceptycznym w swojej dość wąskiej dziedzinie (Kościół za czasów Mieszka i Bolesława), choć poza nią sceptycyzm się jakoś ulatnia… Na przykład, Dariusz Sikorski jest pewny, że Dagome iudex wskazuje na wielkie znaczenie Gniezna dla tworzącej się Polski, choć argumenty za utożsamieniem Schingese z Gnieznem wydają się słabe (właściwie jest to tylko możliwość podobnych przekształceń nazwy w języku, a przeciw jest praktyczne ograniczenie stosowania nazw miejscowych dla określania państw do faktycznych miast-państw, czym przecież ówczesne państwo Mieszka nie było).

Co zostaje po badaniach powiązanych ze sceptycyzmem?

Z czasów Mieszka zostaje Poznań (choć sama katedra raczej jako w najwcześniejszym przypadku dwie ostatnie dekady X wieku). Nie da się wykluczyć Ostrowa Lednickiego i Giecza. Autor optuje za Gnieznem, ale wynika to bardziej z jego interpretacji historii niż archeologii*.

To, co nie daje się wykluczyć za Mieszka, jest już pewne za Bolesława Chrobrego, do czego należy dodać Kraków (Wawel, a może i drewniany kościół, który mógł poprzedzać Kościół św. Wojciecha). Mapka na końcu wskazałaby jeszcze Łękno i Przemyśl (choć co do Przemyśla autor ma wątpliwości). Dopuszcza myśl o Wrocławiu, czy Kaliszu, w obu przypadkach jednak pozostałości uchwytne dla archeologii są tak słabo przebadane i niekompletne, że nie dają pewności.

Zauważyłbym, że w argumentacji autora jest jedna słabość, skądinąd zrozumiała — autor stara się wskazać na uchwytne archeologicznie ślady z X/XI wieku**. Uchwytne, to znaczy znalezione. O takie ślady bardzo łatwo na Ostrowie Lednickim (porzuconym jako siedziba władcy w XI wieku) i łatwo w Poznaniu (budownictwo przeniosło się w inne rejony). Ale okolice najstarszego grodu w Gnieźnie przebudowywano wielokrotnie, podobnie jak Wawel (tu sytuacja lepsza…). Badania Wrocławia są szczątkowe, a badania w Wiślicy i Płocku „nie miały szczęścia do badaczy”. To oznacza, że mapa zlokalizowanych zabytków jest w znacznej mierze mapą dobrze zachowanych śladów archeologicznych.

Dariusz Andrzej Sikorski, Wczesnopiastowska architektura sakralna, Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, 2012


*) Swoją drogą, stawia ciekawą tezę, że Mieszko rządził tylko zachodnią Wielkopolską, a Gniezno dostało się jego bratu. Dopiero pod koniec panowania miał rozszerzyć swoją władzę. Przy tym Mieszko nie miał ewangelizować (nakłaniać do ewangelizowania) mieszkańców swojego kraju, z wyjątkiem nielicznej elity.
**) Wielki problem związany jest z datowaniem, bo architekturę murowaną trudno datować. Nawet resztki drewna, z których badaniami przy pomocy węgla C14 wiązano wielkie nadzieje, niewiele przyniosły — nie dość, że próbki dawały małą dokładność, to jeszcze pojawiało się ryzyko „starego drewna” — w największym skrócie: badanie pokazywało wiek życia drzewa, a nie jego ścięcia i wykorzystania na budowie.

Odkładając na półkę: Jan Potocki czwartek, Lu 16 2017 

O tym, że Jan Potocki, autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie” (charakterystyczne, że z całego dorobku do naszych czasów wartość zachowała właściwie tylko ta powieść) miał życie fascynujące, słyszałem. Ale co to znaczy: fascynujące?

Cóż, żył w ciekawych czasach (w Polsce: sejm czteroletni, Konstytucja 3 maja, insurekcja kościuszkowska; poza Polską: rewolucja francuska, wojny napoleońskie); dużo podróżował (północna Afryka, Kaukaz, Mongolia, o banalnej Europie nie wspominając), angażował się w politykę (polską i rosyjską), badał historię i teraźniejszość wielu ludów (m.in. poszukiwał ostatnich Słowian połabskich), a nawet został aeronautą… W życiu prywatnym: dwa małżeństwa (z uwagą na wyjątkowo libertyńskie czasy, więc można to przemnożyć przez relacje z kochankami*, oraz kochankami żon), kilkoro dzieci, wreszcie samobójstwo.

Ale biografia nie wypada fascynująco. To raczej monotonne odnotowywanie faktów. Zresztą… Jan Potocki dużo widział, dużo pisał (jako amator, ale w obu znaczeniach tego słowa — czyli i miłośnik, i osoba, której często brakowało kompetencji), ale właściwie był człowiekiem niedokończonych projektów. Nawet „Rękopis znaleziony w Saragossie” nie doczekał się wydania w całości za jego życia.

***

Co mnie zaciekawiło, to pewna perspektywa postrzegania świata przez Jana Potockiego w XIX wieku, tak bardzo kontrastująca z podręcznikowymi wzorami. W XVIII wieku mamy nieprzeciętnie aktywnego i inteligentnego arystokratę, który jakoś w te podręczniki się wpisuje. Ale w XIX wieku już nie. Jan Potocki staje się konserwatystą, skoncentrowanym na obronie majątku i pozycji. Może niezupełnie osobistych — o te dbać nie potrafił. Ale rodziny i klasy. Sejm czteroletni, obrona niepodległości Polski, to dla niego jakaś niedobra, dziecięca choroba; broni krewniaka — Stanisława Szczęsnego Potockiego, a wraz z nim i Konfederacji Targowickiej; irytuje się na poparcie dla Bonapartego, nie ze względu na jego ocenę, ale ze względu na fakt, że to przeciwnik Rosji… Zresztą wyraźnie przeżywa upadek swojej kariery dyplomatycznej w rosyjskiej służbie. I nie czyni tego z pozycji Rosjanina, nie czyni tego nawet z pozycji człowieka, który obawia się o życie swoje i bliskich; ale z pozycji arystokraty, którego narodem jest klasa społeczna (co zresztą pokazują międzynarodowe kontakty). Ten sam interes klasy społecznej każe mu się zresztą wyrzec ideałów oświecenia…

Francois Rosset, Dominique Triaire, Jan Potocki. Biografia, tłum. Anna Wasilewska, W.A.B., 2006


*) Właściwie o kochankach Potockiego niczego konkretnego nie potrafię po lekturze powiedzieć, może z jednym wyjątkiem. O kochankach żon — i owszem.

Odkładając na półkę: Scherzo capricciosso środa, Lu 15 2017 

Książka na początku mnie rozczarowała, potem się spodobała. Ale jeśli to najpogodniejsze dzieło Skvorecky’ego (z taką opinią się spotkałem), to nie wiem, czy chcę czytać inne.

Rozczarowało mnie wzięcie na serio podtytułu: Wesoła fantazja na temat Dvoraka. Bo co tu jest wesołego? Sugestia, że Dvorak jest współwynalazcą, a przynajmniej popularyzatorem rodzącego się jazzu*? Że Antonina Dvoraka, było nie było, narodowego mistrza pokazano jako osobę nie stroniącą od alkoholu i kobiecych wdzięków? Osobę sympatyczną, ale bardzo ludzką, wykraczającą poza przeciętność tylko w muzyce; niezbyt pasującą do otaczających go elit. To wszystko w jakiejś mierze „wesołe”, ale nie jest to komizm, nic co mogłoby wywołać uśmiech.

Metodą budowy wizerunku Dvoraka w Stanach przez Skvorecky’ego jest tworzenie swoistej mozaiki, czegoś co przywodzi na myśl pointylizm w malarstwie — niezależne rozdziały, z których każdy jest zamkniętą całością, a które pokazują, czy to Czechów w USA, czy to epizody z życia Dvoraka i jemu bliskich. W efekcie nie dostaje się skończonego obrazu Dvoraka i jego pracy w USA, tylko serię impresji, tworzącą pewne wyobrażenie.

I to jest dobrze napisana powieść — niektóre rozdziały „wpychały w fotel”, czasem i szczerze bawiły. Ale jednak nad całą książką nie unosiła się we mnie jakaś wesołość. Przesłaniał ją powracający wątek przemijania, który dominuje nad całą powieścią. Owszem, jest to przemijanie życia pełnego, wypełnionego radością, sukcesami, niespełnionymi marzeniami, szczęściem i tragediami bliskich. Ale jednak jest to przemijanie.

Josef Skvorecky, Scherzo capricciosso. Wesoła fantazja na temat Dvoraka, tłum. Andrzej Jagodziński, Książkowe Klimaty, 2016


*) Nie tylko to jest wesołe, także wskazania inspiracji do dzieł Dvoraka.

Odkładając na półkę to i owo… wtorek, Lu 14 2017 

Nie poradziłem sobie dotąd z notką o książce Leszka Podhorodeckiego  pt. Kozacy zaporoscy. Krytycy piszą, że książka z minionej epoki, że trąci myszką… I ma się podobne wrażenie, ale czy to jakiś poważny zarzut? Że Leszek Podhorodecki nie zna najnowszej literatury trudno mu zarzucać, skoro to wznowienie książki napisanej już dość dawno (a sam autor zmarł). Że za bardzo podkreśla znaczenie różnic religijnych i kwestii ucisku przez możnowładztwo? Tu chciałbym na serio wiedzieć, czy dzisiejsze odcinanie się od takich poglądów ma podłoże badawcze, czy ideologiczne.

Wadą książki jest na pewno skrótowość w omówieniu samych powstań, ale nie czyniłbym zarzutu z tego, że lepiej opisano życie Kozaków. W końcu z samych powstań się ono nie składało…

Bellona opatrzyła nowe wydanie podtytułem Czy Polska stworzyła Ukrainę?, niepolityczna starość samej treści została więc „zrównoważona” podtytułem w bardzo aktualnym duchu…

Leszek Podhorodecki, Kozacy zaporoscy. Czy Polska stworzyła Ukrainę?, Bellona, 2011

PS.
Ale jednak mam pewną uwagę, bo intryguje mnie jedno — autor wywodzi źródło słowa „kozak”, jednak Kozacy byli nie tylko zaporoscy. Jak się mają jedni do drugich? Takiego odniesienia mi zabrakło.

***

Wielki seks w małym mieście to mój drugi kontakt z kryminałami Tatiany Polakowej. Mimo, że wśród miłośników kryminałów to autorka ceniona, to jakoś nie zagustowałem w jej pisarstwie… Właściwie, to choć zaczytałem się w kilku kryminałach z przyjemnością, zwykle miałem jakieś zastrzeżenia — do postaci, do fabuły…

W cyklu kryminałów z Olgą Riazancewą irytuje mnie wciąż jej pozycja. Bo kim jest? W powieści królują niedopowiedzenia — (była) kochanka „Dziadka” rządzącego miastem, działająca na jego polecenia, czasem nieformalnie, czasem formalnie… Oczywiście to obraz Rosji, w której rządzą „silni ludzie”, kontrolujący oficjalne, „demokratyczne” instytucje, ale też miejscową mafię. Tyle, że to niedopowiedzenie bardzo ułatwia autorce prowadzenie narracji, tak jak bagażnik i tylne siedzenia w ferrari głównej bohaterki*…

Takich niedomówień jest więcej, a ratują one główną bohaterkę od śmierci… I to sprawia, że trudno mi się jakoś zachwycać (choć czytałem z przyjemnością). No i ten świat wokół… Polakowa to druga (niektórzy twierdzą, że pierwsza) obok Marininy popularna autorka kryminałów z Rosji, ale jej świat nie jest światem „feministycznym”, wręcz przeciwnie — jest męski niemal do poziomu szowinizmu. Główna bohaterka jest praktycznie jedyną kobietą w męskim świecie ścigania zbrodni (podobnie jak u Marininy; zresztą samo w sobie jest to zrozumiałe), a jednocześnie żyje życiem dość bezpłciowym (nawet jeśli spotyka się z kochankiem) — nie wychowuje dzieci, nie zajmuje się domem. (Nie chodzi mi o to, że musi podpadać pod te stereotypy, ale że musiałaby się jakoś do nich odnieść. Olga to bogata i niezależna kobieta, którą muszą raz po raz wyciągać z kłopotów zaprzyjaźnieni mężczyźni… A kłopoty są wyłącznie „zawodowe”.)

Tatiana Polakowa, Wielki seks w małym mieście, tłumacza/ki nie potrafię znaleźć**, P.W. Rzeczpospolita S.A., 2008

—-
*) Nie znam za dobrze gamy produkcyjnej Ferrari, ale zasadniczo są to samochody dwuosobowe z minimalnym bagażnikiem — ukrycie w bagażniku trupa, czy branie dwóch dorosłych pasażerów… To jakaś inna bajka…
**) Książkę czytałem w ebooku i niewygodnie jest wracać na początek by poszukać nazwiska. Ale jakiś wstyd, że nie wynotowano go w internecie — nie zrobiono tego ani na LubimyCzytac.pl, ani w Gildii, gdzie zamieszczono fragment książki.

***

Po lekturze nie wiem, jaka jest Elżbieta II, ale już na pewno chciałbym ją poznać.

Królowa strzeże swojego życia prywatnego. To zresztą jeden z wciąż powracających wątków książki — gra, jaką musi toczyć rodzina królewska z mediami, z jednej strony zabiegając o ich przychylność, z drugiej strony, chroniąc prywatność. (Sama królowa jest wyraźnie po stronie prywatności, to jej dzieci i wnuki „udzielają się” w mediach.)

Drugi wątek, to zmiany jakie zaszły w Wielkiej Brytanii za jej panowania. Obejmowała władzę w kraju dość konserwatywnym (dość powiedzieć, że jej wuj zrezygnował z tronu ze względu na małżeństwo z rozwódką, jej siostra (księżna Małgorzata) nie mogła wyjść za ukochanego, bo ten był rozwodnikiem; tymczasem wśród dzieci rozwody stały się niemal normą…), w imperium, które chyliło się ku upadkowi. W każdej z tych sytuacji musiała się odnaleźć. I robiła to w swoim stylu — wycofana i uśmiechnięta, przytakująca i oponująca…

Królowa obroniła swoją pozycję (choć na ile poważnie była atakowana? autor przytacza przykłady postaw republikańskich, ale praktycznie nie określa zakresu tego zjawiska), złagodziła zakręty brytyjskiej polityki, zapewniła trwałość. To bardzo dużo. Ale jaka będzie przyszłość brytyjskiej monarchii? Ostatnie amerykańskie wybory zdają się być wielkim argumentem na rzecz jej trwałości — system prezydencki nie zapewnia tej stabilności, którą zapewnia królowa. Tyle, że w tym może być więcej jej taktu i emocjonalnej inteligencji, niż zasad ustrojowych… O czym się będziemy zapewne mogli przekonać, gdyż następca tronu, książę Karol, nie cechuje się matczyną powściągliwością…

Andrew Marr, Prawdziwa królowa. Elżbieta II jakiej nie znamy, tłum. Hanna Pawlikowska Gannon, Marginesy 2012

Odkładając na półkę: Jarmark sensacji poniedziałek, Sty 16 2017 

Czyta się świetnie*, ale żebym mógł autorowi zaufać, że te wszystkie historie są prawdziwe… Sam za nie ręczył i płacić, gdy odmawiano mu praw autorskich (bo do faktów ich nie można mieć, orzekały sądy)… Ale jednak… Czy można sobie wyobrażać, aż tak głupiego urzędnika, by wysłał stateczek rzeczny w podróż z Pragi do Bratysławy? Albo „Szubieniczna Toni”…

Ale poza kwestią zaufania i żalem, że tak mało (220 stron…), to mogę jedynie polecić do czytania.

Egon Erwin Kisch, Jarmark sensacji, tłum. Stanisław Wygodzki, Agora SA, 2014


*) Z zastrzeżeniem, że wpadłem w pewnym momencie na pomysł, że czytając Kischa można się gimnastykować. Wtedy czytało się gorzej…

Odkładając na półkę: Ekonomia. Instrukcja obsługi czwartek, Sty 12 2017 

Ha-Joon Changa czytałem dotąd chętnie. Zresztą „dotąd” nie ma sugerować, że się do niego zniechęciłem, a tylko to, że dawka była za duża jak na jeden rok, a autorowi, który pisze wciąż o tych samych tematach (współczesnej i historycznej ekonomii) trudno nie powtarzać argumentów i stylu myślenia.

Jednak jeśli Ha-Joon Chang ma swoje poglądy (nieprzypadkowo lubi go i wydaje Krytyka Polityczna), to stara się o obiektywizm — nie przedstawia jakiejś uniwersalnej recepty, mówi o raczej o mocnych i słabych punktach szkół ekonomicznych.

Książkę kończą streszczenia. To ciekawy pomysł, zrobić wersję własnej książki dla tych,  którzy mają tylko 10 minut, albo 2 godziny na lekturę. Gdyby streścić jeszcze bardziej, to chyba tak:

  1. Ekonomia jest zawsze polityczna, bo nawet jeśli udałoby się uzgodnić, że jakaś metoda służy do osiągnięcia jakiegoś celu (co wcale nie jest w ekonomii takie oczywiste), to zawsze pozostaje polityczna (i etyczna) ocena celu, jak i kosztów jego osiągnięcia.
  2. W ekonomii nie ma jednej szkoły, ani nawet ich uniwersalnej mieszanki. I ekonomiści rzadko dadzą się tylko do jednej przypisać. I dobrze. I nawet wydaje się, że szkół ekonomicznych brakuje, bo pewne tematy (choćby związane z pracą, jej organizacją itp.) są bardzo słabo w ekonomii analizowane.

Ha-Joon Chang, Ekonomia. Instrukcja obsługi, tłum. Barbara Szelewa, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015

PS.
Zerkam na opinie o książce i rzuca mi się w oczy „zmasakrowanie” autora dwoma zarzutami:
– że to jest historia ekonomii bardziej, niż ekonomia;
– że ekonomia powinna być w całości wydedukowana z filozofii.
No cóż… Mam wrażenie, że choć ów komentarz był wyrazem frustracji dziwaka, to jednak to chyba zasadnicza różnica między Ha-Joon Changiem a ekonomią dominującą w naszych mediach. I choć mam wątpliwości, na ile zależności historyczne odnoszą się do teraźniejszości, to jednak ignorancja w historii sprawia, że ekonomia odcina się od jakichkolwiek związków z namacalną rzeczywistością.

Następna strona »