Odkładając na półkę: Wojna Czu z Han niedziela, Sier 28 2016 

Tracę stopniowo zaufanie do Bellony, ale tym razem Waldemar Kuczyński polecał, wskazując na wytrwałą pracę własnego syna, więc się skusiłem na takie 5 minut* dla historii starożytnych Chin, zwłaszcza że czasem intryguje mnie, co było po, a co przed Pierwszym Cesarzem.

Nie mam powodów by narzekać na autora. Jeśli już czegoś mi brakowało, to oprócz mało czytelnych map (i niezrozumienia stąd płynącego, dlaczego Czu to południowe Chiny, bo dla mnie wschodnie), rozwiązania kwestii trudnej — jak się połapać w tak wielkim gąszczu obcych imion i nazwisk? Może coś dałoby się wymyślić, jakąś opisowość, albo przypominanie, kto jest kim?

***

Mam powody do innych refleksji. Historia, jak wiadomo, nie jest czymś naturalnym, jest pewnym wynalazkiem cywilizacji. Historię mieli wynaleźć Grecy (choć czy słusznie? może Egipcjanie ze swoim numerowaniem dynastii i spoglądaniem w przeszłość), a niezależnie od nich Chińczycy.

Dla opisu wojny Czu z Han** autor powołuje się na dwie kroniki, obie bardzo precyzyjne (autorzy cytują słowa padające podczas ucieczki w rydwanach z pola bitwy), ale właśnie w precyzji, w plotkarstwie, wreszcie w doszukiwaniu się rzeczy wstydliwych (a może tylko z europejskiej perspektywy) o wodzach i królach, budzących mój pewien niepokój. Bo owszem, Rzym (nieco później) też miał swojego Swetoniusza, ale i w jego przypadku można zapytać, na ile wiarygodnym historykiem jest plotkarz. Czy na prawdę biedny bękart-alkoholik, tchórz, bez cienia talentu wojskowego może wygrać wojnę i założyć cesarstwo? Jakoś mi ten wizerunek nie pasuje. Ale to pretensja-pytanie do autorów starożytnych kronik chińskich, nie do Macieja Kuczyńskiego.

Maciej Kuczyński, Wojna Czu z Han, 209-202 p.n.e., Bellona, 2014


*) Faktycznie wyszło z tego kilka godzin.
**) W rzeczywistości wojna Czu z Han zajmuje mniej miejsca w tej książce, niż opis rewolty przeciwko Qin Er Shi, czyli obaleniu pierwszego cesarstwa. Sama wojna Czu z Han to niejako post striptum do tej rewolty — walka dwóch największych zwycięzców między sobą.

PS.
Łapię się na tym, że zabrakło jeszcze jednej uwagi — zadziwia mnie wciąż kombinacja zaufania i zdrady. Właściwie każdy każdego zdradza, a jednak wciąż słudzy ufają swoim panom, sojusznicy wyprowadzają wojska na pomoc, posłańcy przemierzają szlaki… Owszem, autor wspomina, jak wielu rzeczy nie dało się zrobić, ze względu na brak zaufania. Ale przy takim poziomie (i pewnej beztrosce) zdrad, zaufania nie powinno być wcale. A było.

Odkładając na półkę: Polak-katolik? środa, Sier 17 2016 

Wrażenia z lektury książki Stanisława Obirka mam mieszane.

Z jednej strony blisko mi często do autora, niektóre myśli i uwagi są ciekawe (nawet jeśli czasem oczywiste, to sposób i czas, w jakim się pojawiają są inspirujące). Z drugiej strony mam wrażenie pewnego chaosu, gubienia się nawet nie w drodze do analizy polskiego katolicyzmu, co w samym pytaniu, do czego się dąży… A to dlatego, że jest u Stanisława Obirka trochę autobiografii, trochę krytyki Kościoła (z pozycji chrześcijańsko-liberalnych*), trochę narzekania na nędzę rodzimej teologii. Ale wszystkiego trochę, bo niczym też ta książka nie jest do końca.

Ale najchętniej odnotuję coś innego — uwagi Stanisława Obirka o przeżyciu religijnym (czyli o tym, czego w polskim katolicyzmie szuka bez skutku). By zilustrować, czym jest „przeżycie religijne” autor podaje dwie postacie — Ignacego Loyolę i Marcina Lutra. I pisze, że Lutra nie „stworzyły” tezy przybite na drzwiach kościoła, ale właśnie „przeżycie religijne” i płynące stąd postanowienie, że za Bogiem należy iść wszędzie, choćby narażając się innym. To właśnie „przeżycie religijne” kazało Marcinowi Lutrowi ryzykować i narażać się, gdy piętnował grzechy Kościoła.

(Notuję o Marcinie Lutrze, choć autor zauważa, że również ryzykowny był to wybór dla Ignacego Loyoli, mimo że postawił go niejako po drugiej stronie; ale o świadomość sprzeciwu, który spotkał Lutra jest szersza, więc lepiej ilustruje on tezę.)

Stanisław Obirek, Polak-katolik?, CiS, 2015

—-
*) Stanisław Obirek porzucił stan zakonny, ale nie wypiera się wiary. Więcej — w złożeniu się przyczyn intelektualnych i prywatnych dostrzega rękę Boga, która pomogła mu podjąć decyzję.

Koszulki poniedziałek, Sier 1 2016 

Wracam z Krakowa. Widać nacjonalizm młodzieży — dziewczynę, która na spotkanie z papieżem przyszła w koszulce „Wiara, Młodość, Nacjonalizm”, czy wkładane na tę okazję koszulki z symbolami NSZ*. Mnie rozłożył wczoraj chłopak w koszulce, która głosiła coś jak „Lepiej umierać stojąc, niż żyć na kolanach” i symbolem państwa podziemnego…

Przecież to kompletnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła Katolickiego! Nie mówię nawet o nauczaniu śląskich biskupów z roku 1939 (że ważne jest przetrwanie fizyczne narodu, zbożnym i patriotycznym jest więc wpisywanie się na volkslistę, o ile to pomoże przeżyć wojnę), mówię o wymogach dotyczących wojny sprawiedliwej określonych w Katechizmie.

Kościół może usprawiedliwić opór zbrojny, ale stawia dalsze wymagania — należy uwzględnić to, czy ten opór (a więc i zadana śmierć, i śmierć poniesiona) mogą przyczynić się do zwycięstwa (tu jest i racjonalizm militarny, i polityczny**). Bo jeśli nie, bo jeśli to jest opór dla takich wartości, jak choćby honor, to jest on złamaniem przykazania „Nie zabijaj”.

Rozumiem, że dla oporu dla oporu istnieją argumenty, że każdą rzecz należy indywidualnie zważyć — ale jeśli nie spełnia się tego warunku (tak jak to pokazuje wartość określona na koszulce), to pozostaje się w sprzeczności z nauczaniem Kościoła Katolickiego. I demonstrowanie tego na spotkaniu z papieżem jest bezmyślnością.

PS.
Ta koszulka mnie zirytowała, pokazując, że „wspólnota wartości”, o której niektórzy mówili i pisali, nie była taka pełna, jakby to pierwszy rzut oka sugerował. Co nie znaczy, że to dominujące wrażenie po ŚDM. Dominująca jest jednak radość i otwartość młodych ludzi. Cóż, zamknięci i smutni raczej na takie Dni Młodzieży się nie wybierają, a i co bardziej skiśli mieszkańcy Krakowa wyjechali, by uniknąć trudności. Uderzający był więc kontrast wczorajszego wieczora, gdy pierwszy raz spotkaliśmy polską młodzież podmiejską*** — podpitą i wciąż przeklinającą. I nagle święto się skończyło.
PS.2.
Pozostają przy kwestiach politycznych — rzucała się w oczy dominacja flag narodowych, czy regionalnych (może najlepszym przykładem byli tu Francuzi). Flagi unijne były rzadkością, ale też je spotykaliśmy. Raz byli to Anglicy, raz Belgowie. Tak, jakby najbardziej potrzebę ponadnarodowej wspólnoty odczuwali ci, którzy stanęli w obliczu myśli o podziałach.

—-
*) Gwoli sprawiedliwości, rowerzysta wychwalający Szatana i zalety whisky też nas mijał, jak i pani protestująca przeciwko wizycie „homoseksualisty Bergoglio”.
**) Piszę to w dniu kolejnej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, ale absolutnie nie chcę go tu oceniać — nie chodzi mi o ocenę jego racjonalności. Chodzi mi tylko o koszulkę, dość chyba reprezentatywną dla tego, co wtłoczono młodym do głowy.
***) Bo nawet „czczący Szatana” rowerzysta to przykład młodzieży wielkomiejskiej, w typie aktywnym. A to też szczególny i pozytywny typ.

Odkładając na półkę: Królestwo środa, Lip 13 2016 

To osobista opowieść o początkach chrześcijaństwa, autorstwa pisarza (i scenarzysty), a nie teologa, księdza, czy historyka.

Ma to swoje plusy, bo większą część książki dobrze się czyta, bez gąszczu przypisów, z umiejętnie rysowanym tłem historycznym, to czasem niemal zarys powieści o śś. Pawle i Łukaszu… Takie podejście miało też (dla mnie) trochę odkryć, jak choćby uwaga autora, że łatwiej mu pisać o oglądanej pornografii, niż o przeżyciach religijno-duchowych, bo te są bardziej osobiste.

Minusów tego podejścia jest sporo, choćby takie otwarte wątki, jak kwestia „nawrócenia” autora (pisze z perspektywy ateisty, będącego kiedyś wierzącym, wciąż jednak będącym zafascynowanym chrześcijaństwem), gdzie spore obietnice, jakiejś próby zrozumienia „wiary” i przełożenia go na słowa zrozumiałe dla wszystkich, nie zostaje spełnione, nawet jeśli szczere (?) opisywanie balansowania między wiarą i niewiarą wypada autentycznie i może być inspirujące dla osób po obu stronach bariery.

Z mojego punktu widzenia pewnym minusem jest także bardzo wierne wczytywanie się w tradycję. Nie, żeby Carrere nie był w tym swobodny, bo jest, ale do odstępstw od tradycji prowadzi go „nos pisarza”, a nie jakaś logiczna analiza. Także wizja współczesnej biblistyki jest dość karykaturalna (i, o ile mi wiadomo, fałszywa).

Emmanuel Carrere, Królestwo, tłum. Krystyna Arustowicz, Wydawnictwo Literackie, 2016

Odkładając na półkę: Powrót do bezsennych nocy piątek, Lip 8 2016 

Byłem już entuzjastą dzienników Józefa Hena.

Nadal czytam z przyjemnością ze względu na „format” (pojedyncze notki są dość krótkie, dzięki czemu udaje się dobrze dopasować objętość czytanego tekstu do długości przejazdu koleją), ze względu na klarowność wywodu, ze względu na zasadniczo zbliżone sympatie filozoficzno-polityczne. Czytając zaś notuję tytuły filmów i książek* do zapoznania się.

Jednak w pierwszym zdaniu celowy jest czas przeszły dokonany. W poprzednim tomie znakomity był fragment o umieraniu Reny — żony** Józefa Hena, tu jednak nie ma żadnego znaczącego przeżycia osobistego (i dobrze, biorąc pod uwagę, że chodziło o tragedię osobistą), poglądy pozostawały wciąż te same (zasadniczo mi znane), coraz więcej objętości zajmowała przeszłości, a teraźniejszość naznaczyła żółć związana z dojściem PiSu do władzy.

I nadal są to (zasadniczo) poglądy, z którymi się zgadzam, to jednak oczekuję czegoś więcej niż zgody i cytowania z aprobatą myśli redaktora Tomasza Lisa. Może dlatego, że Tomasz Lis też wydał książkę…

Józef Hen, Powrót do bezsennych nocy, Sonia Draga, 2016

—-
*) Czy to u Hena przeczytałem uwagę, że pewien autor dziennika pisze o różnych sztukach, ale nie o muzyce? U Hena jest podobnie — są filmy, są książki, ale sztuki plastyczne, czy muzyka niemal się nie pojawiają.
**) Nigdy formalnie nie zostali małżeństwem.

Brexit piątek, Czer 24 2016 

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że gdyby przeprowadzono referendum na temat „Czy Ziemia jest płaska?”, a obie strony dostały podobny czas antenowy i podobne finanse na propagandę, to wynik referendum byłby zbliżony do 50:50.

Odkładając na półkę: Czeskie sny środa, Czer 22 2016 

Czeskie sny to zbiór esejów historycznych poświęconych relacjom Czechów z: Niemcami, Słowakami, Rosjanami, a także Związkiem Radzieckim, Rusią Podkarpacką, oraz marzeniami o koloniach. Do polskiego wydania dodano także esej poświęcony relacjom z Polską i Polakami.

Książka ta pokazuje aspekty czeskich historii rzadko u nas naświetlane, choćby „starszo-braterski” stosunek do Słowacji i Słowaków; wybuchy antyniemieckiego nacjonalizmu, albo relacje z Rusią Podkarpacką. Z polskiego punktu widzenia ciekawy jest esej o relacjach czesko-polskich (choć szkoda, że zabrakło go w wydaniu czeskim, co świadczy o pewnej asymetrii zainteresowania, którą sam autor przyznaje).

To czego mi brakowało, to szczegóły. Autor częściej cytuje literatów (czy działaczy) niż odwołuje się do wydarzeń historycznych — np. ciekawie rysuje się kwestia „podboju” Słowacji przez Czechy (miały być ofiary tego procesu), który mamy jedynie skrótowo zaznaczony… Zapewne to dlatego, że książka została napisana pierwotnie dla Czechów, którzy orientują się we własnej historii, gdzie wystarczy samo naświetlenie relacji Czechów z „innymi”.

Pavel Kosatik, Czeskie sny, tłum. Elżbieta Zimna, Czeskie Klimaty, 2014

Poranne podniesienie adrenaliny niedziela, Czer 19 2016 

Zagotowało się we mnie.

Wysłuchałem komunikatu biskupów (gliwickiego, katowickiego, opolskiego i sosnowieckiego) wzywający do zbierania podpisów pod projektem ustawy w sprawie ograniczenia handlu w niedzielę.

Wyjaśniam — nie szło o cel, szło o formę.

Jeśli chodzi o cel, to jestem ostrożnie za ograniczeniem pracy w niedzielę — niech możliwie liczni ludzie mają wspólny dzień wolny. Ale to może być inicjatywa partii politycznej lub związku zawodowego, to nie powinna być inicjatywa Kościoła, zwłaszcza jeśli Kościół milczy, gdy najwyższy urzędnik publicznie grzeszy i szerzy zgorszenie nie wypełniając swoich obowiązków (bo tak z polskiego na „katolickie” należy przetłumaczyć zaniechania prezydenta w sprawie TK).

I forma, ciąg dalszy — biskupi używają słów: sejm, grupa inicjatywna… To są wprost odwołania do polityki, nawet jeśli nie padają nazwiska polityków.

I forma, ciąg dalszy — jak to u biskupów (albo w znanych mi mediach „katolickich”), są tylko słowa poparcia, a nie ma o dyskusji wokół problemu. Nigdzie nie cytuje się z powagą krytyków. Nawet przykładów dla wsparcia nie traktuje się poważnie, bo jeśli handel rzeczywiście zamiera w Niemczech, czy Austrii, to już Norwegia, czy Francja nie są takimi klarownymi przykładami. Ale to komunikat przemilczał.

I forma, ciąg dalszy — ale co mają robić te argumenty historyczne o podważaniu znaczenia wolnej niedzieli? To przecież odległa (a i dyskusyjna w sumie) przeszłość. To coś jak „cudzołóżcie, bo cudzołóstwo tyle wycierpiało od rządzących”.

I forma, ciąg dalszy — wolna niedziela „pozwalająca na integrację katolicką i narodową”*. Katolicką — OK, to biskupi, ale „narodową”? Czy na prawdę biskupi Kościoła katolickiego (czyli powszechnego, ponadnarodowego) mają integrować w niedzielę naród? Ci sami biskupi, którzy kompletnie ignorowali 4 czerwca?

I forma, ciąg dalszy — „teraz [jeśli wejdą proponowane przepisy] wszyscy będą mogli cieszyć się wolną niedzielą”. Nie, to kłamstwo. Policjanci, żołnierze, lekarze, pielęgniarki — nie. Do tego dochodzą pracownicy stacji benzynowych, cała gastronomia (że znam osobiście do dopowiadam, że często pozbawiona w maju kontaktu z rodziną tylko dlatego, że są pierwsze komunie… Kościół może złączyć w niedzielę tysiące osób z rodzinami bez oglądania się na państwo — wystarczy przenieść pierwszą komunię na inny dzień tygodnia…)… Zostawiając na boku nawet szkoły zaoczne, należałoby dodać ludzi pracujących przy kościele — od organistów po sprzedawców z odpustowych straganów…

—-
*) Wszystkie cytaty z pamięci, więc zachowujące treść, ale niekoniecznie dosłowne.

Odkładając na półkę: CK dezerterzy sobota, Czer 18 2016 

Odłożywszy na półkę Szwejka sięgnąłem po „polskiego Szwejka”, bo jak inaczej nazwać „CK dezerterów”?

Porównanie to bardzo nierówne, choć są to dwa, mocno przerysowane autoportrety żołnierzy I wojny światowej. Szwejk jest (faktycznie, nawet jeśli tego sam nie deklaruje) anarchistą, kontestującym porządek wojska z samej idei. Kania (główny bohater CK Dezerterów) działaczem niepodległościowym, którego uwiera nie tyle wojsko, co poddaństwo wobec cesarza. Jeśli w Szweju pojawiają wątki narodowe, to zawsze w znaczeniu ironicznym, w polemice z państwem Czechosłowackim. Te same wątki w „CK dezerterach” są świętym obowiązkiem. (Choć warto dodać, że Sejda nie przedstawia patriotyzmu nacjonalistycznego w sensie tak popularnej nienawiści do obcych — w jednej paczce są Polak, Żyd, Ukrainiec, Włoch i Węgier, a ich przyjaciółmi potrafią być Czesi, Chorwaci, czy nawet Austriacy-Niemcy, o ile są zwykłymi ludźmi a nie przedstawicielami aparatu wojskowego. Pozytywnie to zaskakuje, gdy się pamięta, że Kazimierz Sejda pisał „CK dezerterów” w dwudziestoleciu międzywojennym, gdzie konflikty polsko-żydowski, a jeszcze może bardziej polsko-ukraiński były widoczne.)

Porównując tego polskiego dezertera z jego czeskim odpowiednikiem, wątpię w przypisywany Polakom anarchizm. Niedostosowanie do norm społecznych może…  Ale anarchia ustępuje tu polityce bardzo szybko. Może dlatego też, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej (sic!) wydało tak mocno antywojenną książkę.

Sami „CK dezerterzy” nie mają polotu prozy Haska, ale przez film zostali przesłonięci niesłusznie. Zwłaszcza, że film pewne wątki upraszcza do karykatury wręcz.

Kazimierz Sejda, CK dezerterzy, MON, 1987

Odkładając na półkę: Grobowiec w Sewilli środa, Czer 15 2016 

Historia sama w sobie jest ciekawa — dwóch młodych Brytyjczyków wybiera się do Hiszpanii w przededniu wojny domowej. Celem jest odnalezienie rodzinnego grobowca w Sewilli, na miejscu jednak okazuje się, że dotarcie na miejsce jest kłopotliwe, ze względu na rozruchy, które utrudniają poruszanie się po Hiszpanii. Zamiast więc szybko dotrzeć na miejsce, młodzi ludzie poznają Hiszpanię i Portugalię z perspektywy turystów poznających wszystkie sposoby podróżowania i spotykających zwykłych Hiszpanów (i Portugalczyków).

Gorzej jest z możliwością zaufania autorowi, który opracował swoje notatki (na nowo) około sześćdziesięciu lat po wydarzeniach. Z jednej strony widać egzotykę dawnej Hiszpanii, której już nie ma; z drugiej strony cały czas budzi wątpliwości, co autor pamięta rzeczywiście, a co wyobraził sobie w oparciu o późniejsze wydarzenia i opinie. Inne źródła sugerują, że szerokie zachwyty Hiszpanów nad Leninem, czy plotki o przygotowaniach Franco do roli caudillo są ahistoryczne w rzeczywistości 1936 roku, choć zupełnie zrozumiałe już z perspektywy 1938 roku, o 1996 nie wspominając…

Z jednej strony mamy więc obraz Hiszpanii, jaki mógł się pojawić w oczach młodych, ciekawych świata, ale niezbyt zorientowanych w jego zawiłościach młodych ludzi; z drugiej strony trochę mi brakowało oparcia w realiach politycznych (na początku lewica jest w opozycji, pod koniec prawica, a jednak nie ma mowy o wyborach i zmianie rządu…).

Norman Lewis, Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej, tłum. Janusz Ruszkowski, Czarne, 2013

Następna strona »