Odkładając na półkę: Plutopia piątek, Czer 9 2017 

Tuż po ukazaniu się książki znajomi (internetowi) dyskutowali nad tym, której strony nadużycia (że się tak oględnie wyrażę) bardziej ich uderzały i wzburzały.

Czy Amerykańskie, gdzie prowadzono nielegalne i nieetyczne badania medyczne, emitowano substancje promieniotwórcze dla testów w powietrze, czy też zastraszano niepokornych, a system sądowniczy przedkładał wartość gruntu nad zdrowie i bezpieczeństwo ludzi.

Czy może radzieckie, gdzie technologia nuklearna spotkała się najpierw z GUŁAGiem, a potem wciąż kwitła wśród bałaganu i bylejakości*?

Autorka nie chciała, by to był jakiś wyścig we wskazywaniu bardziej nieludzkiej strony żelaznej kurtyny***. Starała się pokazać coś innego — że w obu państwach, ludzie gotowi byli sprzedać osobiste bezpieczeństwo, a nawet wolność, w zamian za dobre warunki bytowe — wysokie płace, dobre domy i dobre szkoły.

Książka przeraża, a czyta się ją jednym tchem. Niepokojąco wypada w obliczu różnych dyskusji politycznych, bo wynika z niej, że nieludzkość jest uniwersalna, i że nie ma żadnych gwarancji politycznych (dotyczących wyboru systemu politycznego), że człowiek nie zostanie zmiażdżony przez przemysłową, czy państwową machinę.

Kate Brown napisała fascynującą książkę, ale nie znaczy to, że nie ma ona wad. Wynikają one z faktu, że to reportaż, a nie analityczne opracowanie naukowe. Autorka całkiem często pokazuje, że strasząc skutkami napromieniowania słabo zna tematykę, a zupełnie nie zna i gardzi metodą naukową. Nie znaczy to, że pisze na pewno nieprawdę, ale znaczy to, że wiele rzeczy wymagałoby jednak dodatkowej weryfikacji.

Kate Brown, Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne, tłum. Tomasz Bieroń, Czarne, 2016


*) Swoją drogą, gdy słyszę, że w Polsce totalitarny zamordyzm**nie byłby możliwy, bo jesteśmy społeczeństwem anarchistów i króluje u nas bałagan, to jak był możliwy w ZSRR?
**) Jeszcze ciekawsze jest to, że tak twierdzący ludzie zwykle uważają epokę stalinowską w Polsce za totalitarnie zamordystyczną, tak jakby system tworzyli wówczas Marsjanie…
***) Sumarycznie chyba odpowiedź jest prosta, bo w zasadzie wszystko (może poza segregacją rasową) co miało miejsce w USA miało też miejsce w ZSRR (może jeszcze z zastrzeżeniem, że mniej wiadomo o nielegalnych badaniach medycznych, z drugiej strony mamy spekulacje dotyczące nieewakuowanych wsi znad Tieczy), a przy tym działy się tam inne straszliwe rzeczy. Z drugiej strony samą wiedzę przyjmuje się niejako różnicowo — a do znajomości systemu komunistycznego się ona przyczynia w stopniu niewielkim, to rzuca światło na to jak mało wolne, demokratyczne i praworządne są USA.

Odkładając na półkę: Przedsiębiorcze państwo wtorek, Czer 6 2017 

Jedni są za, inni przeciw, a wicepremier pisze wstęp. Wszystko zaś zależy od tego, czy książka pasuje do poglądów, czy nie.

Autorka pokazuje na przykładach, jak mało funkcjonalny jest prywatny kapitał w inwestowaniu w innowacje, badania i rozwój. Prywatny kapitał chce, po prostu, pewnego zwrotu nakładów, a B+R to dziedzina bardzo niepewna. Autorka czyni z tego swego rodzaju wyrzut, zwłaszcza łącząc tę cechę ze znanym wyjaśnieniem, że zysk się należy jako rekompensata ryzyka. Na przykładzie leków pokazuje, że istnieje przyzwolenie na zysk mimo unikania ryzyka. Tu jednak bym dodał, że ja się temu nie dziwię, to normalne i trudno oczekiwać skłonności do ponoszenia ryzyka, lub skłonności do rezygnacji z zysku. Ale i autorka nie przechodzi do moralizowania (choć wspomina, że uspołecznia się ryzyko, a prywatyzuje zyski, co nie jest nowym, odkrywczym stwierdzeniem), tylko do wizji państwa. Odwołując się do tezy Keynesa, że państwo potrzebne jest tam, gdzie wolny rynek i prywatny kapitał nie działają, wzywa do długofalowej i skłonnej do ryzyka polityki innowacyjnej państwa.

I ja tak postawionej tezie chętnie przytaknę, tyle że to powinien być punkt wyjścia, bo ciekawe są szczegóły, a także analizy przykładów nieudanych inwestycji państwowych. Owszem, książkę kończy kilka propozycji dotyczących tego, jak prowadzić politykę gospodarczą, ale też trudno powiedzieć, że zostały one głębiej umówione i uzasadnione.

To szczególnie uderza ze względu na przedmowę wicepremiera Mateusza Morawieckiego, którego Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju jest jakąś odpowiedzią na te oczekiwania względem państwa. I mam tu dysonans, bo można odnieść wrażenie, że Polska robi wszystko na odwrót. To znaczy owszem, przygotowała „SOR”, ale skupiając się na pomocy już rozwiniętym przedsiębiorstwom w ewentualnym rozszerzaniu produkcji, a nie w opracowywaniu nowych, przyszłościowych technologii. Czyli robi dokładnie to, co krytykuje autorka — wspiera tam, gdzie już nie ma większego ryzyka (które sprawia, że prywatny kapitał się nie angażuje).

Mariana Mazzucato, Przedsiębiorcze państwo, tłum. Joanna Bednarek, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox, 2016

Odkładając na półkę to i owo czwartek, Czer 1 2017 

Czasami tygodniami czytam i niczego nie kończę. A tu trzy książki w jeden dzień…

Złapałem się ostatnio na czytaniu głównie „literatury faktu”, z czym wiązała się tęsknota za fikcją. Powieścią, czy opowiadaniem… Nie wiem, jakie drogi doprowadziły mnie do powrotu do Dekameronu, ale tam właśnie trafiłem.

Trudno coś nowego napisać o takiej klasycznej pozycji jak Dekameron. To co mnie zaciekawiło, to pytanie, czy istnieje postęp w literaturze. Bo z jednej strony to świetne, modelowe wręcz opowiadania. Z drugiej strony koncentrują się na pewnych „ciekawostkach”, czy „żarcikach” — dzisiaj tak już pisać właściwie nie wypada. A przynajmniej nie wypada tak robić literatury ambitnej.

Giovanni Boccaccio, Dekameron, tłum. Edwarda Boye.

***

Wydawcy lubią okrągłe liczby. Widziałem już 50 faktów o ateizmie, bodaj towarzyszyło im symetryczne 50 faktów o religii. A tu 50 wielkich mitów psychologii popularnej.

Dużo tu ciekawostek, głównie na „kontrze” do Hollywood (autorzy bardzo lubią wskazywać filmy, które błędnie pokazują psychologię i psychiatrię). Zresztą bywają wartościowe, bo o ile szkodliwość terapii elektrowstrząsowej mało kogo dotyczy, to już mityczność problemu DDA, kwestia uleczalności alkoholizmu*, albo buntowniczości nastolatków, dotyczą ludzi na co dzień.

Ale jeszcze inna sprawa — współczesna psychologia opiera się na eksperymentach**, które pokazują zachowania ludzi (bądź, jak mówią krytycy, amerykańskich studentów) i autorzy publikacji odwołują się do nich. Eksperymenty nie mówią jednak prawie nigdy, że coś zachodzi na pewno i u wszystkich ludzi. Mówią tylko, że większa, czy mniejsza grupa tak a nie inaczej postępuje. Prowadzi to jednak dalej do pytania, co jest normą, na którą można się powołać? Większość? Średnia? Autorzy często wskazują, że coś nie jest typowe — np. większość nastolatków nie przechodzi okresu buntu***, ale co z tego wynika? Czy wynika, że nie jest to okres szczególnie na „buntowniczość” narażony? Raczej nie. Zresztą sami autorzy wskazują inną kwestię — wiek nastu lat to także wiek ujawniania się różnych zaburzeń psychicznych, których zrzucanie na „bunt” może przeszkodzić w pomocy potrzebującym. To na pewno słuszna uwaga, ale czy wystarczająca do dyskusji o prawdziwości „mitu”?

Lilienfeld Scott O. , Lynn Steven Jay , Ruscio John , Beyerstein Barry L., 50 wielkich mitów psychologii popularnej, tłum. Dariusz Sagan, Piotr J. Szwajcer, CIS, 2011

***

Sheila Fitzpatrick wzięła pod lupę zespół najbliższych współpracowników Stalina (głównie skupiony w politbiurze). To dość odkrywcze, gdyż panuje zwykle opinia, że Stalin był dyktatorem, a więc nie miał współpracowników, a tylko wykonawców.

Po lekturze książki nadal nie wiem, jak to było. Owszem, widać wyraźnie, że były akcje, którymi rządził Stalin (choć nie było to proste wydawanie poleceń, można by powiedzieć, że przywództwo, ale i w tym przywództwie było sporo gry z własnymi współpracownikami), ale było też wiele spraw, które toczyły się bez kierownictwa Stalina. Choćby tych, które przypadały na urlopy Stalina (jeszcze w latach 30-tych), jego chorobę (od 1949 roku z jego zdrowiem było krucho); kolektywną władzę**** (i jej upadek) po śmierci Stalina.

Sprawę komplikuje fakt, że trudno tych współpracowników ocenić. I zostawiam na boku kwestie, na ile znali zbrodnie stalinizmu (mieli być referatem Chruszczowa zdruzgotani, także jako rzeczą dla nich nową***** — w co trudno uwierzyć). Chodzi mi o to, na ile to była ich polityka…

Po śmierci Stalina rozpoczęli serię reform, za którymi głównie stał Beria. Fakt, pojawia się wątek, że Beria był jednak cyniczny, że jego liberalne reformy miały ułatwiać życie władzy raczej, niż zwykłych obywateli*****; ale późniejsi współpracownicy Mołotowa, czy Malenkowa bardzo ich cenili i uważali za otwartych (Mołotowa także za bardzo skrupulatnego i pracowitego). Zaczyna się więc jawić wręcz sympatyczna twarz owych współpracowników, jako ludzi otwartych, dbających o dobro państwa i współpracowników, często lojalnych… Co z kolei nie pasuje do ich udziału w zbrodniach. Prawdą było jedno, drugie? A może jakaś mieszanka? Może to kwestia względności praktycznej moralności, która dostosowuje się do presji otoczenia, czy przywódcy?

Sheila Fitzpatrick, Zespół Stalina. Niebezpieczne lata radzieckiej polityki, tłum. Karolina Iwaszkiewicz, Czarne, 2017

*) Czasem mam pytania o użyteczność tej wiedzy. Alkoholizm jest tu dobrym przykładem. Autorzy twierdzą, że niektórzy alkoholicy nie mogą już pić alkoholu, dla większości nie jest to jednak warunek niezbędny. Tyle, że co z tego wynika? Czy alkoholik ma ryzykować nawrót choroby, ze względu na samo prawdopodobieństwo, że do niego nie dojdzie?
**) Skądinąd są one poddawane krytyce (kwestia doboru grup, powtarzalności itp.), czego żadnego echa u autorów nie widać.
***) Bunt ma przechodzić mniejszość, a i to mniejszość w kulturze zachodniej. W innej takich zjawisk ma nie być.
****) Wszyscy zdawali sobie sprawę z czystek i brali udział w rozkułaczaniu. To, co ich miało szokować, to ujawniony w referacie zakres tych zbrodni.
*****) Autorka twierdzi, że kolektywne rządy były udane, co między innymi wyrażały wprowadzane reformy. Ale czytając jej opis mam wątpliwości — to przecież m.in. rok 1956 i powstanie węgierskie, które (jak można rozumieć opis działania politbiura w tym czasie) było sprowokowane niekonsekwencjami działań przywództwa ZSRR.
******) To wszystko ma kolejne warstwy, gdy przychodzi do oceny. Cynik Beria miał chcieć zezwolić na samostanowienie innym narodom, liberalizować życie polityczne, przywracać elementy wolnego rynku (na wzór NEPu) — bo rządzenie spokojniejszym i dostatniejszym państwem się opłaca rządzącym. Idealista Chruszczow miał owszem, poluzować kwestie polityczne, ale z drugiej strony obstawać przy ideologicznym podejściu do gospodarki; jednocześnie wychodząc na pozycję lidera-dyktatora na poziomie większym niż sam Stalin*******.
*******) Pojawiają się dowcipy o „dobru” Stalina, który „mógł zabić”. Ciekawie na tym tle brzmi uwaga, że Stalin często wraz z współpracownikami bawił się w polityczny odpowiednik dobrego i złego gliny; przy czym on sam zawsze miał być tym dobrym, łagodzącym, godzącym, okazującym współczucie i sympatię…

Odkładając na półkę: Epigenetyczna rewolucja czwartek, Maj 25 2017 

Gdy czytam, czym jest epigenetyka w Wikipedii, to właściwie wszystko się zgadza. Ale samo słowo „epigenetyka” z rozwinięciem, że chodzi o „badanie dziedziczenia pozagenowego” nie wiem, czy jest dobrze dobrane; bo istotą tej książki nie jest dziedziczenie, ale właśnie różne mechanizmy wpływające na ekspresję genów (które często są, ale które nie muszą być dziedziczne).

Bo książka nie jest o jakimś przywracaniu lamarckizmu* kosztem Darwina. Jest o tym, że świat jest o wiele bardziej skomplikowany, niż z samej tylko genetyki by się wydawało. I pod tym względem, jest to rzecz ważna i rzeczywiście rewolucyjna**.

Zdecydowanie bowiem nie doceniamy (w popularnym mówieniu i myśleniu  o człowieku i dziedziczeniu) mechanizmu ekspresji genów. Zresztą nie tylko, gdy mówimy o człowieku — taka ciekawostka z książki: krokodyle i aligatory nie mają określonej w chromosomach płci — to, czy rodzą się samce, czy samice, wynika z temperatury, w której przechowywane są jaja***, czyli mechanizmu ekspresji genów****.

Badacze stopniowo zdobywają wiedzę, która pokazuje, że odkrywana rzeczywistość jest skomplikowana, ale jednak przewidywalna. Prowadzi to do kolejnych odkryć i sukcesów, bo przecież bez znajomości tego mechanizmu nie dałoby się klonować ssaków. Oczekiwania są jednak dużo większe — w końcu skoro rak to rozwój komórek niezgodny z odziedziczonym DNA, to za przynajmniej częścią przypadków stoi zakłócenie mechanizmu ekspresji genów; gdyby więc można było go naprawić, to można by leczyć raka…

Nadzieje tu okazały się jednak przedwczesne, a koncerny farmaceutyczne, po pierwszej euforii, ograniczyły finansowanie badań w tym kierunku. To że badacze coraz lepiej rozumieją mechanizm ekspresji genów, nie oznacza, że potrafią go modyfikować (przynajmniej w przypadku dojrzałych organizmów).

Mamy więc rewolucję? W sensie rozumienia przez badaczy na pewno tak. W sensie przełożenia na życie, czy nawet powszechnego rozumienia problemów — jeszcze nie.

Nessa Carrey, The Epigenetics Revolution: How Modern Biology Is Rewritting Our Understanding of Genetics, Disease, and Inheritance, Columbia University Press, 2013


*) Przy całym szacunku dla Lamarcka. Bo czasem się to pokazuje tak, że był zły pseudouczony Lamarck i dobry uczony Darwin; tymczasem to Lamarck pierwszy myślał i mówił o ewolucji, a że działając przed Darwinem (więc i nie będąc jego oponentem) nie znał jeszcze mechanizmów dziedziczenia, to już inna sprawa.
Inna rzecz, że w pewnej (drobnej) mierze Lamarck miał rację, jak to pokazuje Nessa Carrey — istnieją cechy organizmu, które są „nauczane”, a następnie mogą być dziedziczone. Takim przypadkiem jest dziedziczona kwestia otyłości, wywodzącej się z zakłócenia odżywiania płodów w Holandii, w końcu 1944 roku.
**) Może jednak warto zauważyć, że książka wzbudzić miała dyskusje i nie wszyscy się zgadzają z przedstawionymi w niej tezami. To z jednej strony. Z drugiej strony, nie jest to rzecz zupełnie nowa.
***) Co prowadzi do obaw, że przy globalnej zmianie temperatury gatunki te wymrą…
****) U ludzi też ten mechanizm ma znaczenie i zdarzają się kobiety z męskimi genami; są to jednak przypadki rzadkie, a u krokodyli i aligatorów to reguła.

Odkładając na półkę: Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien poniedziałek, Maj 22 2017 

Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien? to próba spojrzenia na konflikt między religią a ateizmem, bez rozsądzania kto ma rację. (Choć sam autor wyraźnie przyznaje się do ateizmu, to jednak stara się zachować obiektywizm; a jeśli chodzi o relacje między nauką a religią jest blisko NOMA.)

Na pewno atutem książki jest próba zrozumienia i wytłumaczenia stanowisk. Wady? Cóż, drapieżny intelektualista miałby z tego tematu pyszną ucztę, wykazując choćby niespójność stanowisk. Ale Ruse drapieżny nie jest. Druga rzecz, to jednak trudność z oceną zjawisk w innych kulturach. Ruse posuwa się do wniosku, że ateizm istnieje tylko w chrześcijaństwie, bo dla Żydów, czy muzułmanów, nawet gdy odstępują od wiary, to religie stanowią pewien element kośćca kulturowego, który uznają. Ale czy to na pewno różni ich od „chrześcijańskich ateistów” ubierających choinkę na Boże Narodzenie? Nie czuję się na siłach rozgryźć ten problem, jednak wskazałbym, że wniosek autora wywodzi się z jego założeń, wedle których ateizm jest jedynie negacją wizji Boga, która wywodzi się z chrześcijaństwa (oczywiście z dodatkiem filozofii greckiej).

(Dodałbym do wad jeszcze, że jego żarciki, typowe dla doświadczonego wykładowcy na sali wykładowej, niekoniecznie są udane, gdy mówimy o książce.)

Atut do wynotowania — Ruse twierdzi, że tak na dobrą sprawę w całym sporze nie chodzi o Boga; że w sensie pojmowania świata ateista i teolog zbyt głęboko się nie spierają. Właściwy spór dotyczy etyki*. W wielkim uproszczeniu (choć Ruse nie bardzo to uproszczenie rozwija): wierzący zwykle uważają, że religia jest podstawą etyki i warunkiem dobrego życia; ateiści uważają, że religia prowadzi do hipokryzji, a wartość życia opiera na zakłamaniu. Stąd i temperatura sporów.

Michael Ruse, Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien?, tłum. Tomasz Sieczkowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2016

*) Dodałbym: „postrzegania wartości życia”, ale to przecież też w gruncie rzeczy etyka.

Odkładając na półkę: Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie i Obrażenia poniedziałek, Maj 15 2017 

Z bloga wygląda na to, że od 13-tego kwietnia niczego nie skończyłem czytać. To niezupełnie prawda. Owszem, była majówka, gdy czytałem notki w wikipedii, ewentualnie przewodniki i tablice. Bardziej nawet „owszem” — mam obecnie kilka lektur zaczętych, którym daleko do zakończenia i właśnie takie czytanie kilku rzeczy, których końca nie widzę wbija mnie w nastrój dryfowania bez celu. (Oczywiście, jeśli chodzi o lektury.) Jednak przerwę zawdzięczam głównie temu, że nie potrafiłem się zabrać do skomentowania Karla-Markusa Gaußa i jego reportażu o małych narodach Europy.

A nie potrafiłem zabrać się, bo:

  1. czytałem nie tak dawno Spadkobierców zapomnianych królestw Gerarda Russella, która do pewnego stopnia jest podobna, ale która jest lepsza;
  2. bo i mam wrażenie niespójności książki.

Muszę się tu wytłumaczyć. Z Russellem niby nic Gaußa nie łączy, bo jeden jeździ po Bliskim Wschodzie, drugi po Europie; jednego interesują rodzime mniejszości religijne, drugi do takiej mniejszości odwołuje się jednej… Ale jednak, w obu przypadkach autor dociera i opisuje do pewnych mniejszości. Tyle, że u Gaußa są to Asyryjczycy (chrześcijanie, którzy wyemigrowali z Iraku, czy Syrii by zamieszkać w Szwecji*), Cymbrowie (lud germański, zamieszkujący kilka miejscowości we Włoszech i zachowujący pewną odrębność od średniowiecza) i Karaimowie (którzy sami nie potrafią powiedzieć czym są, poza przyznawaniem się do judaizmu i zamieszkiwaniem Litwy*).

Opowieści Russella są bardziej różnorodne, bardziej egzotyczne. Zresztą, Russell pisał z doświadczenia, a Gauß założył sobie (i zdobył środki) na książkę reportażową. Nie, żebym zarzucał Gaußowi nieuczciwość (zresztą nie wiem, czy i Russell nie znalazł jakiegoś stypendium), niemniej widać, że przyjęte założenia ograniczają autora, że zmuszają go do pisania nie tylko o tym, co widział, ale także o tym czego nie widział.

Jeśli Gauß ma jakąś przewagę** to niemal*** jedną — nie widzi swych bohaterów w tak różowych okularach, jak Russell. Pod jego klawiaturą Asyryjczycy to skonfliktowana i pełna podejrzliwości grupa (co może zrozumiałe historycznie, ale wcale nie takie sympatyczne), Cymbrowie wymierają (stąd i tytułowa Roana i jej odchodzący mieszkańcy), a Karaimowie sami nie wiedzą kim są, nie licząc śladów hitlerowskiego antysemityzmu, który karze im odcinać się od Żydów.

Karl-Markus Gauß, Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie. Wyprawy do Asyryjczyków, Cymbrów i Karaimów, tłum. Sława Lisiecka, Czarne, 2010

* * *

Za pisanie o Gausie nie potrafiłem się zabrać, o tyle Obrażenia kilka razy mnie uderzyły. To zbiór reportaży o Polsce, nie tyle o państwie, co o złości i pretensjach. Jest o hejcie internetowym (przeciwko muzułmanom), o trudnościach z integracją, o przemocy (zresztą raz w sposób nietypowy, bo z historią transseksualisty, którego los jest ciężki, ale który też jest egoistyczny i wredny)…

To co mnie jednak uderzyło, to przedostatni reportaż, autorstwa Magdaleny Kicińskiej o przemocy domowej. I uderzył mnie z perspektywy politycznej, bo obecnie Polska (IV RP?) próbuje udawać, że problemu nie ma, ewentualnie jeśli jest, to wynika z sytuacji materialnej i naprawia go 500+… A w reportażu jest wszystko — przemoc prowadząca do zbrodni, bierność państwa, „ideologia gender”, tyle że odwrotnie niż to nasi dyżurni „katolicy” określają — kulturowe przyzwolenie na przemoc wobec kobiet i banalizowanie „dla dobra rodziny” toksycznych relacji. Więc jeśli ktoś jeszcze uważa, że rząd i minister Rafalska, czy prezydent Duda mają choćby cień racji, to powinien go przeczytać… Z drugiej strony, jeśli tak uważa, to zapewne i reportażu nie zrozumie.

Magdalena Kicińska, Ziemowit Szczerek, Małgorzata Rejmer, Mirosław Wlekły, Maciej Wasilewski, Agnieszka Wójcińska, Urszula Jabłońska, Kaja Puto, Obrażenia. Pobici z Polską, Wielka Litera, 2016


*) Uważny czytelnik może zarzucić zbyt ograniczone zakreślenie miejsca zamieszkiwania, ale akurat do szwedzkich Asyryjczyków i litewskich Karaimów skierował się Gauß.
**) Nie chcę powiedzieć, że Gauß napisał książkę złą. Chcę powiedzieć, że o ile Russella mogłem wielu osobom polecać, to do Gaußa raczej warunkowo — o ile nie można sięgnąć po Russella.
***) Napisałem bez „niemal”, ale się poprawiam — Gauß opisuje życie imigrantów z Bliskiego Wschodu w Szwecji, zresztą zachwycony podejściem państwa szwedzkiego (mniej Szwedami), co w obliczu antyimigranckich histerii jest wartością ożywczą.

Trwać przeciwko trendom czasu piątek, Kwi 14 2017 

Spotkałem niedawno taki samochód-reklamę, wyrażający sprzeciw wobec przyjmowania komunii do ręki.

IMGP2079

Jakoś nie pamiętałem takiego fragmentu w Ewangelii. Zerknąłem więc o co chodzi. W skrócie to napiętnowanie św. Piotra za to, że myśli po ludzku, a nie po Bożemu.

***

Wczoraj na kazaniu usłyszałem o tym, że m.in. jednym wymagań stojących przed księdzem jest opieranie się nowoczesności, a przynajmniej nowoczesnym modom.

***

Ładnie, pięknie. To słuszne i sprawiedliwie by opierać się modom, by szukać prawdy, dobra i piękna; doszukiwać się myślenia Bożego. Tyle, że rodzi się we mnie jedno pytanie — skąd wiemy, że coś jest myśleniem Bożym, a coś ludzkim? że coś jest prawdą, a coś inne tylko nowoczesną modą?

Czy Ewangelie mówią coś o postawie podczas przyjmowania komunii? Ja bym się ewentualnie doszukał w Ewangelii wg św. Jana takiej wskazówki, gdzie umiłowany uczeń spoczywa na piersi Mistrza, a to pokazuje ostatnią wieczerzę, jako wschodnią ucztę, gdzie leży się na lewym i prawą ręką bierze do ust jedzenie i picie.

Nie tak jednak przyjmuje się komunię. Czy to znaczy, że przyjmowanie w postawie klęczącej, czy stojącej, bezpośrednio do ust, lub na rękę* należy uznać za nieprawidłowe?

Tak sobie zestawiam, co się w chrześcijaństwie przez te lata zmieniło, a przecież zmiany są szokujące. Choćby ta tak popularna nauka o „świętości rodziny”, skontrastowana z wypowiedziami Jezusa na temat potrzeby jej odrzucenia, „wzięcia w nienawiść brata lub siostry, ojca czy syna”. Choćby to jasne odrzucenie wyrażenia „ojciec” (a tym bardziej „ojciec święty”) dla człowieka, jako zarezerwowanego dla Boga, skontrastowane z określaniem papieża „ojcem świętym”.

***

Nie potrafiłbym z pewnością protestujących określić, że jakaś zmiana jest sprzeczna z wolą Bożą; albo że na pewno z nią zgodna; nie potrafiłbym też wskazać tej jedynie dobrej (lub jedynie złej) cząstki tradycji, w której po takim czasie można już znaleźć niemal wszystko. Mogę postulować jedynie szczere poszukiwanie, poważne używanie własnego rozumu; raczej odrzucałbym pogardzanie empatią jako nazbyt ludzką, czy nawet nowoczesnością; już raczej sugerowałbym by brać z dystansem wszystkie schematy myślowe, nie ważne czy płynące z tradycji, czy obecnych mód.

—-
*) Swoją drogą, gdy próbuję sobie zwizualizować tę wschodnią ucztę, to przyjmowanie do rąk wygląda o wiele bardziej historycznie i „po Bożemu” niż przyjmowanie bezpośrednio do ust…

Noi? piątek, Kwi 14 2017 

Czytam w tle, w jaki sposób Victor Orban rozbija opozycję — wystarczyło wskazać, że w organizowaniu protestów brało udział dwóch ludzi „powiązanych ze skompromitowaną partią socjalistyczną” i już energię protestujących unieważniono.

Przypomina mi to widziane nie tak dawno spontaniczne anty-pisowskie plakaty, z których jeden ktoś ozdobił słowami „SLD” i „PO”.

No i co, chce mi się zapytać? Nawet jeśli SLD i PO przygotowały plakaty (na co nie ma dowodów, tak jak na jakieś szczególne znaczenie ludzi związanych z partią socjalistyczną w protestach studenckich w Budapeszcie), to co w tym złego? Dlaczego takie etykietki miały być kompromitujące? Zwłaszcza, że chodzi o przeciwstawienie z PiSem, a więc nie porównanie absolutne, do jakiegoś wzorca wspaniałej partii dobrze kierującej Polską, ale do realnego bytu, który w każdej kategorii ma więcej grzechów niż „skompromitowane” partie z przeszłości.

Tyle, że łatwiej machnąć ręką, powiedzieć „skompromitowane”, „postkomuniści”, albo „Sowa”.

To jakiś znaczący brak w postrzeganiu rzeczywistości. Wydaje mi się, że widzę to i przy dawniejszych czasach, gdy czytam opinie, że ta czy inna sfera życia była w PRL zideologizowana, na co dowodem jest fakt, że rządzili źli komuniści. Prawidłowe rozumowanie powinno iść w przeciwnym kierunku — nie brać afiliacji politycznej za podstawę osądu moralnego, a w końcu wnioskowania o faktach; tylko opierając się na faktach, wysnuwać ocenę (w tym moralną) i ową oceną obciążyć rządzących, przywołując ich afiliację polityczną na samym końcu*.

Mogę tu dodać „aniemówilizm”, bo gdy rozkoszowano się młodzieżą, która protestowała przeciwko Romanowi Giertychowi uzasadniając to jego „obciachowością” twierdziłem, że „obciachowość” to nie argument, a protest może się za chwilę obrócić przeciwko każdemu, zupełnie bez uzasadnienia, jedynie podążając za obecną modą.

*) Dwa przykłady:
Źle: X jest złym mordercą, więc zabił Kennedy’ego.
Dobrze: X zabił Kennedy’ego, więc jest mordercą.

Źle: PiS jako partia chorobliwych wrogów państwa musi łamać konstytucję, więc obecnie TK działa bezprawnie.
Dobrze: PiS nie opublikował wyroku TK w sprawie prawidłowego wyboru sędziów, więc PiS złamał konstytucję.

Odkładając na półkę: Fala upału czwartek, Kwi 13 2017 

Z przyjemnością oglądałem serial „Castle”, z ciekawością sięgnąłem więc po kryminały Richarda Castle’a. Czytałem już „Krwawy sztorm”, teraz przyszedł czas na szybką rozrywkę z „Falą upału”.

Książka powstała w ramach promocji serialu — pisze ją serialowy bohater, a w rzeczywistości wydaje się pochodzić spod piór scenarzystów filmu (niestety, nigdzie nie znalazłem właściwego autora, a tylko filmowego) — cała akcja wygląda jak jeden z odcinków serialu, tyle że bohaterowie zmienili imiona (co z grubsza odpowiada serialowej „Fali upału”, która miała być inspirowana „życiem”, czyli serialem). W porównaniu z „Krwawym sztormem”, który był jedynie opowiadaniem, tu mamy już właściwie pełnowymiarowy kryminał z zagmatwaną akcją.

Kryminał dobry, czy zły? Trudno mi oceniać.

Za przemawia, że czyta się dobrze; jeszcze lepiej, jeśli się podstawi pod książkowych bohaterów postacie z filmu.

Z drugiej strony ciekawi mnie, jak odebrała by książkę osoba, która nie zna serialu. W końcu znających serial nie uderzają niektóre dziwnostki i niedopowiedzenia.

I jeszcze z jednej strony — autorem jest postać filmowa, aż prosi się o jakąś wielopoziomową grę tym faktem, kreowanie postaci filmowej autora za pomocą „jego” książki, itp., itd. Tymczasem powieść jest aż do bólu serialowa — odtwarza bohaterów, ich psychologię, wygląd, styl… To dość do dobrej lektury, nie dość, by wykorzystać potencjał, jaki „Fala upału” dawała.

Richard Castle, Fala upału, tłum. Katarzyna Godycka, 12 Posterunek, 2012

Odkładając na półkę: Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach poniedziałek, Mar 20 2017 

Po zwycięstwie PiSu, Trumpa, Brexicie, czytałem Lendvaia jako ostatniego niedobitka liberalnych elit, które postrzegają otwartość, jako nadzieję*. Swoją ideę wyjaśnia już na samym początku — Węgry odnosiły sukcesy, gdy przyciągano talenty innych ludów i gdy panowała zgoda. Traciły zaś na niesnaskach, tak jak traciły na prześladowaniach mniejszości.

Najchętniej widziałbym historię bez ideologii, ale nie wiem, czy to jest możliwe. A jeśli nie jest możliwe, to taka ideologia budzi moją sympatię. Książkę zresztą czytało mi się świetnie, choć trzeba ostrzec ewentualnych czytelników — to przedstawienie historii Węgier (choć charakterystyczne, że w tytule mamy naród, a nie państwo**), ale takiej historii, która tłumaczy postacie na pomnikach, czy popularne spory polityczno-historyczne. Mamy więc jeden rozdział na lata powojenne, ale ze trzy na rewolucję węgierską (bo trochę na rewolucję, trochę na przywódców, trochę na mity…)… Wszystko ma bardziej służyć zrozumieniu tego, jak Węgrzy postrzegają swoją historię, niż poznaniu samej historii***.

Węgrzy jawią się rzeczywiście „bratankami Polaków”. W cechach charakteru (gdy czytam o skłonności do ulegania fantazjom narodowym, czy świętowaniu klęsk); w historii „społecznej” (dominacja szlachty, podwójna bo i kulturowa, i wyjątkowo długo majątkowa, jak na Europę). Ale mimo wszystko, o Polsce Lendvai pisze niewiele. Polska to zwykle „państwo sympatyzujące” (w tę i we w tę), ale zbyt odległe by tworzyć węgierską historię.

***

Na koniec dwie uwagi.

Pierwsza to ta, że wadził mi ostatni rozdział poświęcony wybitnym Węgrom XX wieku. Chaotyczny i nieprecyzyjny w użyciu słowa Węgier. Trącił mi rodzimymi pretensjami do kolosalnego wkładu intelektualnego w naszym świecie (faktycznie jednak, biorąc pod uwagę liczbę ludności, to Węgrzy mają te pretensje lepiej uzasadnione).

Druga, to kwestia dwóch tłumaczy. Nie znalazłem komentarza dotyczącego wybranych przez nich rozdziałów do tłumaczenia. Miałem jednak wrażenie, że dwa ostatnie rozdziały są przetłumaczone gorzej — musiałem zawracać do już przeczytanych fragmentów, bo gubiłem się w ich sensie, pojawiły się też podkreślenia (które uważam za nieeleganckie i niepotrzebne, choć spodziewałbym się jednak, że pochodzą one od autora). Zabrakło też trochę wnikliwości redakcji — np. Lendvai powołuje się na polskiego pisarza opisującego „gulaszowy komunizm”, ale przypis prowadzi do innej jego książki, a ja bym chciał wiedzieć kim, z imienia i nazwiska, jest cytowany autor.

Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016

*) Wywód o historii Węgier kończy obrazek Victora Orbana, premiera wprowadzającego Węgry w nowe tysiąclecie. Obrazek dla mnie dwuznaczny (choć skoro wcześniej był Kadar, to wszystko może być dwuznaczne), ale też wskazujący, że książka zapewne (zabrakło mi daty wydania oryginału) jest starsza niż obecna antyliberalna fala.
**) W języku polskim nie ma rozróżnienia Węgier i Madziarów, choć pisząc o historii Węgier nie da się tego uniknąć. W skrócie — Madziarowie to lud, Węgry to państwo. Państwo praktycznie zawsze (do Trianon) wielonarodowe, którego spadkobiercami dzisiaj są nie tylko Węgry, ale i Słowacja, czy Chorwacja.
***) Choć tu tajemnicą dla mnie pozostawała narracja nacjonalistyczna… Lendvai pisze z pozycji liberalnych, ale często u niego pojawiają się stwierdzenia, że Węgrzy w znacznej swej liczbie odwoływali się do innych tradycji. Ich zarysu brakuje w tej książce.

 

Następna strona »