Po zwycięstwie PiSu, Trumpa, Brexicie, czytałem Lendvaia jako ostatniego niedobitka liberalnych elit, które postrzegają otwartość, jako nadzieję*. Swoją ideę wyjaśnia już na samym początku — Węgry odnosiły sukcesy, gdy przyciągano talenty innych ludów i gdy panowała zgoda. Traciły zaś na niesnaskach, tak jak traciły na prześladowaniach mniejszości.

Najchętniej widziałbym historię bez ideologii, ale nie wiem, czy to jest możliwe. A jeśli nie jest możliwe, to taka ideologia budzi moją sympatię. Książkę zresztą czytało mi się świetnie, choć trzeba ostrzec ewentualnych czytelników — to przedstawienie historii Węgier (choć charakterystyczne, że w tytule mamy naród, a nie państwo**), ale takiej historii, która tłumaczy postacie na pomnikach, czy popularne spory polityczno-historyczne. Mamy więc jeden rozdział na lata powojenne, ale ze trzy na rewolucję węgierską (bo trochę na rewolucję, trochę na przywódców, trochę na mity…)… Wszystko ma bardziej służyć zrozumieniu tego, jak Węgrzy postrzegają swoją historię, niż poznaniu samej historii***.

Węgrzy jawią się rzeczywiście „bratankami Polaków”. W cechach charakteru (gdy czytam o skłonności do ulegania fantazjom narodowym, czy świętowaniu klęsk); w historii „społecznej” (dominacja szlachty, podwójna bo i kulturowa, i wyjątkowo długo majątkowa, jak na Europę). Ale mimo wszystko, o Polsce Lendvai pisze niewiele. Polska to zwykle „państwo sympatyzujące” (w tę i we w tę), ale zbyt odległe by tworzyć węgierską historię.

***

Na koniec dwie uwagi.

Pierwsza to ta, że wadził mi ostatni rozdział poświęcony wybitnym Węgrom XX wieku. Chaotyczny i nieprecyzyjny w użyciu słowa Węgier. Trącił mi rodzimymi pretensjami do kolosalnego wkładu intelektualnego w naszym świecie (faktycznie jednak, biorąc pod uwagę liczbę ludności, to Węgrzy mają te pretensje lepiej uzasadnione).

Druga, to kwestia dwóch tłumaczy. Nie znalazłem komentarza dotyczącego wybranych przez nich rozdziałów do tłumaczenia. Miałem jednak wrażenie, że dwa ostatnie rozdziały są przetłumaczone gorzej — musiałem zawracać do już przeczytanych fragmentów, bo gubiłem się w ich sensie, pojawiły się też podkreślenia (które uważam za nieeleganckie i niepotrzebne, choć spodziewałbym się jednak, że pochodzą one od autora). Zabrakło też trochę wnikliwości redakcji — np. Lendvai powołuje się na polskiego pisarza opisującego „gulaszowy komunizm”, ale przypis prowadzi do innej jego książki, a ja bym chciał wiedzieć kim, z imienia i nazwiska, jest cytowany autor.

Paul Lendvai, Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach, tłum. Adam Krzemiński i Bartosz Nowacki, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2016

*) Wywód o historii Węgier kończy obrazek Victora Orbana, premiera wprowadzającego Węgry w nowe tysiąclecie. Obrazek dla mnie dwuznaczny (choć skoro wcześniej był Kadar, to wszystko może być dwuznaczne), ale też wskazujący, że książka zapewne (zabrakło mi daty wydania oryginału) jest starsza niż obecna antyliberalna fala.
**) W języku polskim nie ma rozróżnienia Węgier i Madziarów, choć pisząc o historii Węgier nie da się tego uniknąć. W skrócie — Madziarowie to lud, Węgry to państwo. Państwo praktycznie zawsze (do Trianon) wielonarodowe, którego spadkobiercami dzisiaj są nie tylko Węgry, ale i Słowacja, czy Chorwacja.
***) Choć tu tajemnicą dla mnie pozostawała narracja nacjonalistyczna… Lendvai pisze z pozycji liberalnych, ale często u niego pojawiają się stwierdzenia, że Węgrzy w znacznej swej liczbie odwoływali się do innych tradycji. Ich zarysu brakuje w tej książce.

 

Advertisements